Z dziejów jeździectwa …

Miło nam poinformować, że Prof. Andrzej Przegaliński
z Instytutu Historii UMCS, związany z LCDHS poprzez cykl wygłaszanych przez niego wykładów na temat dziejów jeździectwa na Lubelszczyźnie, na łamach naukowego czasopisma Annales UMCS sec. F Historia (74, 2019, s. 143-157), opublikował artykuł pt.: Z dziejów jeździectwa na Lubelszczyźnie. Pierwsze wyścigi konne w Lublinie w 1860 r. W streszczeniu artykułu autor pisze: „W artykule podjęto próbę opisania pierwszych zawodów jeździeckich odbytych w Lublinie w 1860 r. Tło dla rozważań stanowią dzieje hodowli koni i wyścigów w Królestwie Polskim, począwszy od lat Królestwa Polskiego konstytucyjnego, na epoce międzypowstaniowej kończąc. Opracowanie może być też traktowane jako przyczynek do historii Towarzystwa Rolniczego – wszak wystawa rolnicza urządzona wówczas
w stolicy guberni lubelskiej i towarzyszące jej atrakcje (w tym m.in. próba rączości koni) była ostatnią tego typu imprezą zorganizowaną pod patronatem Towarzystwa”.

Zachęcamy do lektury!

Cały artykuł do pobrania na stronie: https://journals.umcs.pl/f/article/view/9455/7256

Stanisław Sokołowski – lubelska (zamojska) nadzieja na igrzyska w Helsinkach 1940 roku?

Antoni Mieczkowski w swojej niewielkiej (i cokolwiek zapomnianej) monografii pt. „Stanisław Sokołowski – sportowiec i żołnierz” (Krasnystaw, Lublin 1994, ss. 56), nieco wbrew tytułowi (raczej w niezgodzie wobec kolejności wskazanych w tytule dwu najważniejszych życiowych ról swego bohatera) dużo więcej uwagi poświęcił wyzwaniom, przed jakimi urodzonego w Rejowcu w 1913 roku absolwenta przedwojennego Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego (CIWF) w Warszawie z roku 1939 postawiła okupacja niemiecka. Takie rozłożenie akcentów (patrz s.11-17) w historycznej narracji A. Mieczkowskiego absolutnie nie dziwi, bo major Stanisław Sokołowski zapadł w pamięci mieszkańców Zamojszczyzny przede wszystkim, jako bohater czasów wojny, legendarny „Rolnik”, kawaler Orderu Virtuti Militari, zastępca komendanta Obwodu XIV Batalionów Chłopskich, brawurowy zdobywca więzienia
w Krasnymstawie w roku 1943, więzień Majdanka i wreszcie ofiara ubeckiego terroru z 24 listopada 1945 roku.

Najpewniej jednak opowieść o życiowych dokonaniach Stanisława Sokołowskiego mogła wyglądać zupełnie inaczej, gdyby nie wybuch II wojny światowej. Najkrócej rzecz ujmując, absolwent zamojskiego Państwowego Gimnazjum im. Hetmana Jana Zamojskiego u progu lat 30. XX wieku dopiero stawał się sportowcem, a żołnierza z krwi i kości uczyniła z niego brutalnie i w błyskawicznym tempie wojenna zawierucha.

Jeśli włączać myślenie kontrfaktualne (pytać, co byłoby, gdyby?), to zakładać można, że losy Sokołowskiego istotnie potoczyć się mogły zgoła odmiennie. Choć sport i wojna mają ze sobą wiele wspólnego, to kariera bohatera książki Mieczkowskiego najpewniej przebiegałaby sportowym szlakiem. Wiele na to wskazywało, a geneza sportowych fascynacji Sokołowskiego tkwiła w aktywności w szkolnym Kole Sportowym. Na jednych z pierwszych poważnych zawodów (o mistrzostwo Okręgu Lubelskiego klasy B) w 1934 roku nasz bohater – jeszcze uczeń gimnazjum pchnął kulą 11,14 m, a 400 metrów przebiegł z czasem 60,3 sek. Jako zawodnik KS „Strzelec” (członek Związku Strzeleckiego od 1930 r.) jesienią tego samego roku na zawodach w Przemyślu pchnął kulę prawie metr dalej! Poważnym dowodem za dominacją sportowych pasji stał się ukończony jesienią 1934 kurs trenersko-instruktorski prowadzony w stolicy przez Polski Komitet Olimpijski, by w strukturach Związku zostać referentem sportowym. Podobną wagę ma fakt, że w roku 1936 Sokołowski zaczął studia w CIWF. Był to z pewnością bardzo ważny etap rozwoju kariery sportowej zamojskiego lekkoatlety. A. Mieczkowski pisze: „był w jednej grupie ćwiczeniowej ze słynnym Januszem Kusocińskim i najlepszym oszczepnikiem polskim Eugeniuszem Lokajskim”.

Janusz Kusociński, fot. Wikipedia

Z tym pierwszym, mistrzem olimpijskim z Los Angeles z 1932 r. i rekordzistą świata, Sokołowski ścigał się w 1937 roku za zawodach w Zamościu na nowym, budowanym od 1935 roku stadionie w tzw. Parku Sportowym! Równie istotny w sportowej karierze Sokołowskiego był też oszczepnik E. Lokajski. Stało się tak, dlatego, że reprezentujący w czasie studiów warszawski AZS i stołeczną „Polonię” lekkoatleta, w zasadzie wszechstronny wieloboista – najlepsze rezultaty osiągał właśnie w rzucie oszczepem. Na krajowej liście oszczepników na dzień 31 sierpnia 1939 r. Sokołowski znalazł się na wysokim szóstym miejscu z wynikiem 62,20 m (liderem rankingu był wspomniany Lokajski z rezultatem ponad 73 m). Czy z tym wynikiem i przekroczonymi 12 metrami w pchnięciu kulą na zawodach w maju 1939 roku Sokołowski mógł realnie myśleć o starcie na olimpiadzie w którejś z tych dwóch lekkoatletycznych dyscyplin? Warto te osiągnięcia zestawić z ustanowionymi przez Polski Związek Lekkiej Atletyki w styczniu 1939 roku tzw. minimami przedolimpijskimi w konkurencjach męskich. Przykładowo dla pchnięcia kulą wynosiły one 15,40 m, a dla rzutu oszczepem 65 m. Trudno jednak z tego porównania wyciągać arbitralne wnioski, skoro Sokołowski był chyba wieloboistą, a przecież marzenia każdego sportowca wiążą się bez wątpienia z igrzyskami. Z ideą olimpijską zetknął się wszak Sokołowski na poważnie już w trakcie kursów organizowanych przez PKOl, a w kręgu jego sportowych przyjaciół znalazł się sam mistrz Kusociński. Trenerem Sokołowskiego był Stanisław Petkiewicz (nie Pietkiewicz, jak pisze Mieczkowski), olimpijczyk, który na igrzyskach 1928 roku w Amsterdamie zajął siódme miejsce w biegu na 5000 m.

Petkiewicz (na obu fotografiach w jasnym stroju) w rywalizacji ze swym największym krajowym rywalem Januszem Kusocińskim i gwiazdą ówczesnego długodystansowego biegania Paavo Nurmi. Na zawodach w Warszawie 7 września 1929 r. w biegu na 3000 m Petkiewicz zwyciężył Paavo Nurmiego. Fot. NAC. Więcej patrz: https:// www. przeglad sportowy.pl/ps-historia/petkiewicz-w-biegu-na-3000-m-pokonal-nurmiego-or-ps historia/0kwdyvd

Olimpijczykiem był również Lokajski, który na IO w Berlinie w 1936 r. zajął 7. miejsce w rzucie oszczepem. Sokołowski poznał smak zawodów międzynarodowych, ale (chyba?) za jego słabość uznać należy wspomnianą wszechstronność – pchał kulą i rzucał oszczepem, biegał, jeździł na nartach, świetnie strzelał, równie dobrze grał w siatkówkę. Sokołowski nie był chyba, sądząc po wynikach, faworytem do olimpijskiego startu z rzucie oszczepem lub pchnięciu kulą. I Petkiewicz, i Lokajski trenowali, co ważne, wieloboistów (ten drugi w 1935 zdobył wicemistrzostwo świata w pięcioboju w Budapeszcie).

Eugeniusz Lokajski, fot. http://sportowcydlaniepodleglej.pl/eugeniusz-lokajski-oszczepnik-fotograf- i powstaniec-warszawski/

Zakładać, zatem można, że predyspozycje Sokołowskiego mogły zapewnić mu start w IO w Helsinkach właśnie w wieloboju. Nie wspomina o tym biograf zamojskiego lekkoatlety. Mieczkowski pisze, bowiem: „Był (Sokołowski, dop. D.S.) członkiem kadry narodowej lekkoatletów przygotowujących się do Olimpiady 1940. W lecie 1939 roku intensywnie trenował w Warszawie, Bydgoszczy i Sierakowie koło Poznania. Wybuch drugiej wojny światowej przekreślił zupełnie jego sportowe marzenia”. À propos potencjalnego udziału Sokołowskiego w IO 1940 r. Mieczkowski nie wskazał źródła pochodzenia swej informacji. Można się domyślać, że pochodziła ona z relacji jednego z członków rodziny Sokołowskiego. Nie oznacza to kwestionowania udziału Sokołowskiego w przygotowaniach do igrzysk 1940 roku.  Informacji Mieczkowskiego nie potwierdza jednak jeden z tuzów polskiej sportowej historiografii, prof. Ryszrad Wryk. Poznański historyk pisze jedynie (Przygotowania polskich sportowców do startu
w igrzyskach olimpijskich 1940 roku
, „Prace Naukowe Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Kultura Fizyczna” 2016, t. XV, nr 4, s. 111-119), że w rozpoczętych w styczniu 1939 roku przygotowaniach wzięło udział w sumie „ponad stu pięćdziesięciu sportowców, reprezentujących dwanaście dyscyplin sportu”. Dodaje też, iż „w   dniu 16 maja  1939  roku  stu trzydziestu pięciu polskich sportowców złożyło przysięgę olimpijską w ośmiu polskich miastach”.

Wryk wspomina, że przygotowania lekkoatletów odbywały się w Toruniu, Poznaniu i w Warszawie pod kierunkiem wspomnianych Stanisława Petkiewicza oraz wspierających go olimpijczyków z 1936 roku – Karola Hoffmanna i Eugeniusza Lokajskiego. Drobne różnice w relacji do informacji Mieczkowskiego niczego nie zmieniają. Wryk uściśla jednak zamieszczone we wstępie do swego artykułu informacje, pisze, bowiem dalej: „W dniu 16 maja 1939 roku, o tej samej porze, w Warszawie, Lwowie, Krakowie, Katowicach, Poznaniu, Łodzi, Toruniu i Wilnie stu trzydziestu pięciu polskich sportowców, przygotowujących się w dwunastu dyscyplinach do startu w letnich i zimowych igrzyskach olimpijskich 1940 roku (mających się odbyć w Helsinkach i Sankt Moritz), złożyło ślubowanie olimpijskie. Uroczystość główna odbyła się w Warszawie…”. Śledzenie fotografii ze ślubowania w Łodzi i Krakowie w celu poszukiwania Sokołowskiego niczego nie daje, bo zamojskiego lekkoatletę trzeba raczej szukać wśród nadziei olimpijskich obecnych na uroczystości w Warszawie.

Ślubowanie w maju 1939 r. w Łodzi polskich olimpijczyków na Letnie Igrzyska Olimpijskie w Helsinkach w 1940 roku. Czwarty z prawej pochodzący z Lubelszczyzny Władysław Król, a pierwszy z prawej zamordowany na Majdanku szermierz Roman Kantor Fot. NAC.

Inna fotografia z tej samej uroczystości. Fot. NAC

Ślubowanie w Krakowie polskich olimpijczyków na Letnie Igrzyska Olimpijskie w Helsinkach w 1940 roku. Widoczni m.in.: piłkarze Artur Woźniak, Roman Grunberg, Aleksander Piątek, Bronisław Młynarek, Zygmunt Michalik.

Wryk potwierdza jednak obecność na tej uroczystości kilku ledwie lekkoatletów: Witolda Gierutto, Edwarda Trojanowskiego, Jana Staniszewskiego, Antoniego Morończyka, Józefa Noji, Janusza Kusocińskiego, Wandy Flakowicz, Marii Kwaśniewskiej, Jana Marynowskiego… Idzie przy tym za artykułem pt. Ślubowanie polskiej kadry olimpijskiej, („Polska Zbrojna” 1939, nr 137, s. 7). Przekonuje to, że prasa nie jest dobrym źródłem do odtworzenia pełnej listy ślubujących stu trzydziestu pięciu polskich sportowców, twardych kandydatów na olimpijczyków. Być może taki dokument dostępny jest w materiałach PKOl
i należy podjąć starania, aby informacje podane przez Mieczkowskiego zweryfikować. Szanse na to wydają się jednak niewielkie, bo warto zauważyć, że strona dowodowa w artykule Wryka ogranicza się wyłącznie do informacji prasowych pochodzących „Polski Zbrojnej” i „Przeglądu Sportowego”… Pojawia się również pewna wątpliwość związana w jakimś zakresie z tym, że Mieczkowski w odniesieniu do „olimpijskiego statusu” Sokołowskiego użył dość ogólnego sformułowania i napisał, że: „Był członkiem kadry narodowej lekkoatletów przygotowujących się do Olimpiady 1940”. I tu wywołany zostaje problem odpowiedzi na pytanie, kim jest, a raczej, w jaki sposób sportowiec staje się olimpijczykiem. Starałem się na te rodzące szereg wątpliwości pytania odpowiedzieć w rozdziale „Fenomen polskich olimpijczyków – kazus lubelski” w książce Lubelscy olimpijczycy (współautorzy: M. Powała-Niedźwiecki, P. Markiewicz, Lublin 2018, s. 13-25). Przywołałem w nim dwa biogramy pochodzące z opracowania Sławomira Litwińskiego, Lubelska Księga Oświęcimska. Księga Pierwsza, Lublin 2005, s. 42. Autor tej wstrząsającej pracy pisze o Józefie Czerniaku (ur. 1918) i Zbigniewie Sadzikowskim (ur. 1923), młodych i genialnych lubelskich pływakach. Pierwszy był absolwentem Szkoły Handlowej im. Vetterów, a drugi uczniem gimnazjum im. Stefana Batorego w Lublinie. Józef, świetny w sprincie pływackim, (ponoć) „Był przewidziany do ekipy Olimpijskiej na olimpiadę mającą się odbyć
w Tokio w 1940 roku
”.

Józef Tracz, fot. za S. Litwiński, Lubelska Księga Oświęcimska. Księga Pierwsza, Lublin 2005, s. 42.

O Sadzikowskim Litwiński pisze natomiast, że „Był znakomitym pływakiem i PKOl wytypował jego … na zgrupowanie kadry na igrzyska olimpijskie, które miały się odbyć w 1940 roku z Tokio”. Niestety, obaj młodzi sportowcy zginęli w Oświęcimiu w 1942 roku. Ewidentny błąd polegający na wskazaniu przez Litwińskiego Tokio miast Helsinek, jako miejsca igrzysk 1940 roku nie zmienia postaci rzeczy.

Zbigniew Sadzikowski. Fot. za S. Litwiński, Lubelska Księga Oświęcimska. Księga Pierwsza, Lublin 2005, s. 140.

I Czerniak, i Sadzikowski byli niewątpliwie zdolnymi pływakami, którzy zostali objęci centralnym szkoleniem sportowym. Można jednak powiedzieć, że obaj dopiero „stawali się olimpijczykami”. Zdaje się, że podobnie jak w przypadku Sokołowskiego, trudno byłoby potwierdzić jakiś konkretny szczebel/etap w tym procesie (np. ślubowanie olimpijskie 16 letniego w 1939 roku Sadzikowskiego!).

Sadzikowski (zaznaczony krzyżykiem u dołu) z grupą lubelskich pływaków na treningu przy basenie przy ul. Lubomelskiej (czerwiec 1939 roku). Fot. za: S. Litwiński, Lubelska Księga Oświęcimska. Księga Pierwsza, Lublin 2005, s. 140.

W „Lubelskich olimpijczykach” piszę (s. 24), iż „Gdyby tylko formułę tej książki można było rozszerzyć o kategorię tzw. szans olimpijskich, obraz całości byłby zapewne nieco bogatszy”. Nawiązuje tym samym do pewnej – dramatycznie trudnej – próby zdefiniowania pojęcia/określenia „lubelski olimpijczyk” (z wyszczególnieniem wszelakich etapów owego stawania się olimpijczykiem oraz dyskusją na temat tak wyjątkowych kazusów jak status reprezentanta w sportach pokazowych czy sportowca, który znalazł się w ekipie olimpijskiej, ale startu w zawodach nie zaliczył…). Odnoszę się tym samym do relatywnie niewielkiej liczby lubelskich olimpijczyków, (bo w okresie przedwojennym doczekaliśmy się tylko jednego, Teodora Bieregowoja-Bierezowskiego, który w igrzyskach rozegranych w Berlinie
w 1936 r. w chodzie sportowym na 50 km zajął wysokie dziewiąte miejsce!) i chęci każdego środowiska historyków sportu (i nie tylko) do wzbogacenia
i rozbudowania listy reprezentujących region wybitnych postaci. Zdaje się, że to ta właśnie sportowa odmiana lokalnego patriotyzmu pcha nas niekiedy ku wyrażaniu opinii na temat olimpijskich osiągnięć naszych ziomków:, jeśli nie startowali w IO, to przynajmniej byli nadziejami lub szansami olimpijskimi. Warto zwrócić uwagę, jak rozciągliwym i raczej literackim niż bardziej fachowo-sportowo-precyzyjnym określeniem są „szanse” lub „nadzieje olimpijskie” (także „kandydaci”). Mieszczą się one częściej w słowniku dziennikarzy niż trenerów sportowych, którzy z setek takich szans wyławiają jednostki godnie reprezentujące nas w olimpijskich szrankach.

Teodor Bieregowoj-Bierezowski. Fot. za LCDHS

Wracając do Sokołowskiego, to kwestię jego ewentualnego startu (raczej uczestnictwa w gronie wąskiego już grona kandydatów na wyjazd do Helsinek) w roli wieloboisty zdaje się rozstrzygać fragment z artykułu pt. Ppor. Burbo zwyciężył w eliminacjach pięcioboju nowoczesnego, który ukazał się periodyku „Polska Zbrojna” 1939, nr 188, s. 7. Jego autor pisze, że „Od 5 do 8 lipca 1939 roku trwały przedolimpijskie zawody eliminacyjne w pięcioboju nowoczesnym. Ich zwycięzcą został ppor. Bohdan Burbo (WKS Grodno) przed por. Franciszkiem Aleksińskim (WKS Inowrocław) i por. Jerzym Goinką (WKS Będzin)”. Niestety, w gronie zwycięzców – chyba murowanych faworytów do startu w Helsinkach – nie ma Stanisława Sokołowskiego. Nie przesądza to jednak tego, że nazywanie Sokołowskiego mianem nadziei czy szansy olimpijskiej jest nadużyciem.

Dariusz Słapek

45 lat rugby w Klubie Sportowym „Budowlani” Lublin, czyli o potędze historii sportu!

Relatywnie rzadko promocje książek odbywają się w anturażu najbardziej adekwatnym wobec ich merytorycznej zawartości. Oczywiście, nie zawsze jest to możliwe, a nawet potrzebne, ale – jak sądzić – wyjątkowo trafna, wręcz spektakularna zbieżność między okolicznościami prezentacji książki, a jej zawartością miała miejsce w czasie lubelskiego meczu rugby pomiędzy „Budowlanymi” Lublin a „Arką” Gdynia 3 października 2020 roku. Kameralny stadion przy ulicy Krasińskiego wypełnili w tym dniu nie tylko entuzjaści i amatorzy jajowatej piłki (coraz liczniejsi!), ale też spore grono weteranów – byłych zawodników i działaczy lubelskiego klubu. Powodem był jubileusz Klubu Sportowego Budowlani Lublin, 45 –lecie jego powstania. Były, zatem kwiaty, dyplomy, odznaki – do czego najpełniej przekonają zapewne prasowe relacje lubelskich dzienników w swoich internetowych wydaniach.

Rangę uroczystości w oczywisty sposób podniosła obecność Prezydenta Miasta Lublin, dr Krzysztofa Żuka, ale w mojej opinii wyjątkowość świętowania wynikała z faktu, że chyba wszyscy obecni na Krasińskiego… dźwigali ze sobą grubą książkę. Zauważyć wypada, że w powszechnej bodaj opinii widok ten uznać należy za zaskakujący. Gdyby działo się to na meczu szachowym, brydżowym, szermierskim, czy nawet w czasie rozgrywek w golfa, najpewniej zdziwienie okazywać się mogłoby mniejsze… Tymczasem istotnie, starzy i młodzi zawodnicy, członkowie ich rodzin, leciwi działacze
i „Amazonki”, adeptki żeńskiej odmiany rugby oraz liczne grono zwykłych kibiców – paradowali z książką Macieja Powały – Niedźwieckiego „45 lat rugby w Klubie Sportowym „Budowlani” Lublin (Lublin 2020, ss. 500 /co wraz ze sporym formatem wyjaśnia, że książkę rzeczywiście trzeba dźwigać…/).

Proszę wybaczyć, że moje refleksje z tego wyjątkowego jubileuszu ograniczę niemal wyłącznie do wrażeń i obserwacji, które -typowe dla piszącego autora-historyka, mieścić można w obszarze tzw. pierwszych reakcji czytelniczych. Niektórych można się było spodziewać. Skoro, bowiem pokaźną część książki stanowią biogramy i autorskie wypowiedzi sporego grona lubelskich rugbistów, pierwszą czynnością stało się prześledzenie aneksów z nazwiskami wszystkich postaci wspomnianych w „45 lat rugby…”. Zaraz potem pojawiało się, niekiedy trochę nerwowe, kartkowanie w poszukiwaniu właściwych stron, później następowała chwila milczenia połączonego ze skupieniem, co oznaczało, iż właściwy biogram został odnaleziony i przeczytany. Przekonanie o osobistej obecności na łamach książki wzbudzało pewnie dumę
i wiele osobistych refleksji, choć chwilę potem w ruch poszły… palce – to one wskazywały dawnym kolegom z boisk, lżejszych i młodszych bohaterów publikacji, w scenach sprzed lat 10, 20, 30 i więcej.

Ten chyba moment pobieżnego przecież poznawania książki – przynajmniej z mojej perspektywy – wydaje się chyba najbardziej cenny. Raptem okazało się, że przez drobną tylko chwilę „indywidualni czytelnicy” tworzą jednak wielką wspólnotę, grono ludzi sobie bliskich, ciągle się ze sobą rozumiejących etc. Uśmiechom, żartom, wspominkom nie było końca; niby to normalne i oczywiste, kiedy myślami wraca się do własnej młodości. Ta jednak nierozerwalnie wiązała się ze sportem, bo wielu z autorów zamieszczonych w książce wypowiedzi czyniło sport „głównym odpowiedzialnym” za miejsce i pozycje,
w jakiej się odnaleźli w swoich najważniejszych rolach życiowych – ojca, odpowiedzialnego pracownika, nauczyciela, trenera etc. Rzecz wymaga z pewnością osobnej refleksji, którą w tym eseju sprowadzić można do myśleniu o historii sportu, jako potężnej sile wyzwalającej i potęgującej wspomnienia, jako katalizatorze utrwalania dawnych więzi, wyzwalaczu emocji i specyficznej empatii…

Dla dopełnienia dość specyficznej recenzji, (bo wyjątkowo skoncentrowanej na sile emocjonalnego rażenia publikacji) pozwolę sobie zaprezentować mojego autorstwa „Wstęp” do wspomnianej książki (s.13-14). Tenże – o dziwo!, i pewnie wbrew swemu tradycyjnemu przeznaczeniu, stanowi jednak jakąś formę wartościowania monumentalnej pracy Macieja Powały-Niedźwieckiego. Wydaje się, że ten „Wstęp” stanowi logiczne uzupełnienie pierwszej części eseju, w której mowa była o licznych „współautorach” (dosłownie i w przenośni) „45 lat rugby w KS Budowlani”. Panowie, w tych rolach także spisaliście się znakomicie! Namawiam, zatem do tego, aby Wasze być może pierwsze kroki pisarskie nie były ostatnimi. Oto ów wstęp i z pewnym wskazaniem – ważny dla jego przesłania ostatni akapit…

W ocenie historyków zawodowych publikacje motywowane jubileuszami i rocznicami zwykle bywają obarczane zarzutem braku obiektywizmu, bo pisane są trochę tak, jak pełne empatii wspomnienia
o zmarłym, o którym albo dobrze, albo nic… Sama idea czczenia i honorowania przez książkę nie budzi jednak zastrzeżeń i wątpliwości, bo zaszczytna forma często nobilituje przedmiot autorskiej adoracji (wszystko ma swój początek, a zatem to „wszystko” obchodzi szlachetnie celebrowane rocznice).

Po lekturze książki Macieja Powały–Niedźwieckiego „45 lat KS Budowlani Lublin” mam poważne wątpliwości, co do zasadności wyrażonych wyżej sądów. Biorą się one nie tylko z powodu niestosowności wykorzystanego w pierwszym zdaniu porównania i stąd, że u progu XXI w. książki piszą wszyscy, (co nie znaczy, że istotnie trafiają one „pod strzechy”). W tym moim myśleniu nie do końca przekonuje również fakt, że sami profesjonalni historycy notorycznie pisują dzieje swoich instytutów i wydziałów, a nie dostrzegając w tym żadnej niestosowności. Pewne tylko znaczenie ma też zapewne refleksja nad tym, że bez prac jubileuszowo-rocznicowych nasza wiedza natury „mikrohistorycznej” (o małych wspólnotach, o tym, co
z pozoru tylko przeciętne) byłaby zapewne miałka, a niewątpliwie pełna wszelakich luk i swego rodzaju białych plam.

W przypadku rocznicowej monografii lubelskich „Budowlanych” obiektywizm i rzetelność wydają się prymarną cechą publikacji, a powody tej istotnej konstatacji są liczne, i poniekąd oczywiste. Oto autorem książki jest najznakomitszy wśród polskich rugbistów dziejopis dyscypliny i znawca historii klubu (patrz imponująca lista Jego publikacji gotowa spełnić oczekiwania niejednej komisji habilitacyjnej!). Dość, zatem powiedzieć, że książka napisana jest ze znawstwem lub, co -bardziej właściwe – wielką eksperiencją.
Z wyrażonej w ten sposób obserwacji (sprawca „piszący” jest jednako przedmiotem „opisywanym”) bynajmniej nie wynika brak obiektywizmu, dystansu czy bezstronności. W tym zakresie wykład M. Powały-Niedźwieckiego jest w każdym calu i wymiarze weryfikowany zbiorową pamięcią odbiorców książki, pospołu, ludzi rugby i „Budowlanych”. I wreszcie najważniejsze – w zasadniczej części pracy autor przemawia faktami, a zgubne dla obiektywizmu komentarze i wartościowania ogranicza do minimum. Dzieje się tak, dlatego, że z kilku nurtów pisania o sporcie (także jego historii) świadomie wybiera ten, który
w wyjątkowo silny sposób koncentruje się na samej rywalizacji oraz jej kwintesencji w postaci wyników współzawodnictwa.

Statystyczna wizja sportu bynajmniej nie dehumanizuje tego społecznego fenomenu i dzieje się tak nie tylko, dlatego, że w książce znaleźć można blisko czterysta notek biograficznych uczestników i sprawców wspomnianych wyników. Główny powód tkwi, zdaje się, w unikatowym (śmiałym zwłaszcza, co do skali) wykorzystaniu wspomnień współtwórców sportowych i organizacyjnych dziejów Klubu. To one najskuteczniej przeciwważą wynikową wizję sportu – w zupełnie inny sposób tchną w opowieść o historii sportu właściwą mu dynamikę, koloryt, spontaniczność („widać” w nich ruch i walkę, „słychać” boiskowe okrzyki zawodników i reakcje kibiców, „czuć” pot i specyficzny zapach przeoranego korkami boiska…). Te same słowa przekonują do symbolicznych wartości sportu, przez swą uniwersalność ważnych także poza nim samym. Wszechobecne w sporcie normy i wzorce dokonują w sumie wspaniałego aktu jego uwznioślenia. Czynią sport promieniującą siłą sprawczą, która inspiruje, uczy, pomaga, hartuje, unaocznia, socjalizuje, wyzwala, nobilituje i daje tożsamość…

Wydaje się, że specyfika rugby, sportu bliskiego etosowi herosów w antycznym rozumieniu tego pojęcia –niczym punkty zdobywane na wyjeździe – podwaja, a nawet multiplikuje głęboko humanistyczny wymiar całego sportu. Z tego powodu, wcale nieprzewrotnie, powiedzieć można, że to nie książka swoją powagą i estymą uwzniośla banalne i trywialne „gonitwy za jajowatą piłką”. Po lekturze książki Macieja Powały – Niedźwieckiego, wydawać się może, że wspomniane w pierwszym akapicie obawy o adekwatność treści do formy, są zupełnie bezpodstawne. Sport i jego historia w pełni zasługują na pisanie o nim, bo nie tylko stanowi on immanentną część naszej rzeczywistości, ale i w tym coraz bardziej skomplikowanym
i zrelatywizowanym świecie pomaga rozstrzygać o tym, co dobre, a co złe… Ergo, ludzie sportu – do piór!

Dariusz Słapek

Strona tytułowa książki
Fot. Maciej Powała-Niedźwiedzki (pierwszy od lewej)
Fot. Moment wręczania książki 45 lat rugby w Klubie Sportowym „Budowlani” Lublin
W uroczystym dniu sportu był obecny Prezydent Miasta Lublina Krzysztof Żuk
Fotografie: Dariusz Słapek

SPORTOWE MINI HISTORIE

SPORTOWE MINI HISTORIE

Szanowni entuzjaści dziejów lubelskiego sportu!

Krótkim artykułem na temat lubelskiej mistrzyni biegów przełajowych rozpoczynamy cykl esejów dotyczących historii lubelskiego sportu w okresie poprzedzającym wybuch II wojny światowej. Każdy z tekstów w serii „Sportowe mini historie” będzie dotyczył nieco innych zagadnień, które na zasadzie historycznych puzzli pokazywać mogą sprawy ważne dla lubelskiego (miasta i województwa). Te sportowe case studies stanowić będą namiastkę (może „wstęp do…”) poważnej całościowej historii problemu. Do tej pory nie istnieje taka holistyczna monografia, z pomocą której łatwo i szybko przekonywać można do wielkości (lub miałkiej kondycji) lubelskiego sportu. Apelujemy do wszystkich chętnych o włączenie się do tej inicjatywy. Czekamy na krótkie eseje oparte na materiałach prasowych lub kwerendzie w w archiwach (także rodzinnych). Materiały można przesyłać na adres: slapekdariusz@gmail.com

MISTRZYNI POLSKI

BYSTRZYCKA Janina, „TG Sokół” Kozłówka. Fot. Za Raz Dwa Trzy! nr 3 5.05.1931 r. s. 3.

W Mistrzostwach Polski w biegu na przełaj kobiet (na dystansie 1300 m), które odbyły się 26. IV. 1931 r. w Lublinie zwyciężyła Janina Bystrzycka. Reprezentowała ona „Towarzystwo Gimnastyczne Sokół” Kozłówka (o tym generalnie mało znanym fenomenie sportowym, podlubelskim napiszemy osobno!). Pani Janina wyprzedziła na mecie Rozalię Grzesik („Stadion” Królewska Huta) oraz  Halinę Jarnuszkiewicz z „Unii” Lublin. Był to wielki sukces lubelskiego sportu! Nie zmieni tego fakt, że w zawodach wzięło udział zaledwie 7 lekkoatletek. Trzeba bowiem pamiętać, że sport kobiet w tym okresie znajdował się  na zupełnie innym niż w chwili obecnej etapie rozwoju. Poszukiwał dopiero swojego miejsca z dość mocno zmaskulinizowanym społeczeństwie. Warto pamiętać, że „kobiecy szlak sportowy” przecierały wtedy nie tylko zawodniczki AZS, ale także atletki z Towarzystwa Gimnastycznego Sokół. Pierwsze gniazdo towarzystwa zostało założone w lutym 1867 roku we Lwowie, ich scalenie w jednolitą organizację Towarzystw Gimnastycznych „Sokół” odbyło się na zjeździe 13 kwietnia 1919 roku w Warszawie .

Fragment z biegu kobiecego na przełaj o mistrzostwo Polski w Lublinie, zawodniczki na starcie. Fot. za: Raz Dwa Trzy! nr 3 5.05.1931 r. s.3.

Warto zwrócić uwagę na kilka szczegółów widocznych na tej fotografii. Zainteresowanie budzić mogą na przykład sportowe stroje zawodniczek (dalekie od pewnego standardu), czy ich odmienne pozycje startowe. Na pierwszy rzut oka widać jednak, jak spory tłum widzów zgromadziły lubelskie zawody. Są wśród nich niewątpliwie działacze sportowi, sędziowie (starter stojący w nieco dziwnej pozycji za zawodniczkami), urzędnicy, reprezentanci wojska, ale też zwykli gapie (co ciekawe, są w tym gronie kobiety!). Tłum obserwatorów sprawił, że kobiety na linii startu są nieco ściśnięte, nie czują się do końca swobodnie. Liczba kibiców wynikała zapewne z fakt, że Lublin epoki międzywojnia rzadko gościł zawody rangi mistrzowskiej (tym bardzi zawody z udziałem kobiet!).

Swoją drogą Janina Bystrzycka należała do grona relatywnie dobrych długo i średnio dystansowców. Fachowa literatura (patrz: Henryk Kurzyński, Leszek Luftman, Janusz Rozum, Maciej Rychwalski, Andrzej Socha: Historia finałów lekkoatletycznych mistrzostw Polski 1922-2011. Konkurencje kobiece. Bydgoszcz: Komisja Statystyczna PZLA, 2011) podaje rekord życiowy Janiny Bystrzyckiej na 800 m. Wynosił on 2:49.2 i został ustanowiony 07.06.1931 roku w Lublinie.  O Pani Janinie nie wiemy ponad przekazane informacje dużo więcej. Konieczna jest dalsza kwerenda źródłowa, o której efektach niechybnie poinformujemy.

Wiktor Palusiński

Tak musi być zawsze ?

„Choć od opublikowania poniższego artykułu dr Andrzeja Krychowskiego upłynęło kilkanaście lat, to zdaje się, że pisał on o kwestiach uniwersalnych i ponadczasowych (niestety…). Dlatego polecamy lekturę…” 

 „Każda akcja wywołuje reakcję, a poza fizyką, np. w humanistyce zjawisko to sygnalizuje wymianę zdań, czytaj – polemikę. Gwoli zilustrowania problemu prezentujemy artykuł dr A. Krychowskiego odnaleziony w archiwum dziennika „Rzeczpospolita” z końca 1993 roku. Jego technicznej natury uwagi nie zawsze dla historyka-humanisty są jasne i zrozumiałe. Warte jednak przytoczenia… Summa summarum lubelski stadion lekkoatletyczny sprawdził się jako miejsce prestiżowych zawodów. Ostatnio, w trakcie lekkoatletycznych drużynowych MP (25-26.09.2020), przeżył straszna ulewę, która nie przeszkodziła akademikom z UMCS zdobyć w tej rywalizacji złotego medalu!”