Kącik Książki Sportowej – dlaczego?

O książce poświęconej historii sportu rzec można, że okazuje się „produktem” (to efekt bezdusznego, rynkowego stosunku do słowa drukowanego) z kilku powodów kłopotliwym. Nawet jeśli w czasach coraz gwałtowniejszych przemian w zakresie komunikacji, książki stają się passe, to o tych z zakresu dziejów sportu mówi się, że zupełnie nie pasują do natury podejmowanych treści. Sport dzieje się „tu i teraz” i tylko w ramach aktualiów nabiera najwłaściwszych sensów. Po latach sukcesy sportowe wywołują co najwyżej sentyment, a to wrażenia zupełnie inne niż emocje właściwe „żywemu widowisku”.

Ciągle też nie wiadomo, kto powinien pisać o dziejach sportu: dziennikarze, weterani sportu, działacze, profesjonalni historycy? Ci ostatni dopiero od niedawna akceptują sport jako nieodzowny element wartej poznania rzeczywistości historycznej, a ciągle nielicznym akademickim badaczom dziejów sportu idą powoli w sukurs kulturoznawcy, socjolodzy, antropolodzy kulturowi. Wielość środowisk parających się tym przedmiotem sprawiło, że każde znalazło swój sposób na pisanie o sporcie (w narastającym zasobie poświęconej sportowi literatury widać prace statystyków sportu, biografistów, klasycznych pozytywistycznych badaczy czy „otwartych” metodologicznie kulturoznawców).  Każde z tych gremiów często z różnych powodów podejmuje studia nad sportem (inspiracją stają się jubileusze, rocznice, lokalny patriotyzm, zwykła chęć zaciekawienia odbiorcy etc.).

W tym bogactwie i różnorodności tkwi ogromny potencjał, ale z drugiej strony poważnie niepokoi to, że każde z tych środowisk staje się coraz bardziej głuche na dokonania innych. Tkwi w tym poważne zagrożenie, bo jeśli istotnie sport ma złożoną, heterogeniczną naturę, to jak oddać ten jego charakter w niewrażliwych na inne dyskursy wizjach, hermetycznie zamkniętych „produktach”. Powód takiej kondycji większości dociekań nad dziejami sportu tkwi zapewne w braku lub miałkości komunikacji, ułomnościach w wymianie informacji. Na palcach jednej ręki liczyć wypada „unifikujące” różne środowiska twórcze konferencje, spotkania, sympozja. Brakuje też dostępnych dla wszystkich, dedykowanych humanistycznej refleksji nad sportem periodyków, czasopism, archiwów i repozytoriów.

Konstruktywnym, choć nie milowym krokiem w naprawianiu opisanej wyżej sytuacji wydaje się „uemceesowy kącik książki sportowej”. Jest dostępny dla wszystkich i wobec tego bezwzględnie integruje. Unifikuje nie tylko środowiska, ale zbiera, koncentruje w jednym miejscu prace o bardzo różnej proweniencji, dotąd niedostępne, rozproszone, bagatelizowane lub niemal całkowicie nieznane. Wyjątkowość kącika wynika także ze sposobu powstawania jego zasobu. Współtworzyli go ludzie sportu, koneserzy, którzy pro publico bono oddali ze swych pielęgnowanych księgozbiorów prawdziwe białe kruki (niedostępne w księgarniach, rzadkie w bibliotekach i szybko znikające z półek antykwariatów). Ufam, że lista darczyńców, stanowiąca integralną część kącika, będzie sukcesywnie uzupełniana! 

Tej treści załącznik do listów e-mailowych trafił do wszystkich znanych mi ludzi lubelskiego sportu, których poinformowałem o inicjatywie stworzenia w czytelni Instytut Historii UMCS „kącika książki sportowej”. Adresatów z rozmysłem podzieliłem na aktualnie piszących o sporcie, piszących onegdaj i wreszcie zapowiadających się jako potencjalni (przyszli) autorzy. W sumie w czytelni Instytutu Historii przy Placu Marii Curie – Skłodowskiej 4 A we wczesnej godzinach piątkowego popołudnia piątkowej zebrało się grubo ponad 20 osób!

Otwarcie kącika wywołało zatem dość spore zainteresowanie (kilka osób usprawiedliwiało swoją nieobecność). Wśród autorów stale piszących o lubelskim –w sensie miasta, ale i regionu – sporcie nie zabrakło znanych lubelskich dziennikarzy (redaktorzy: Wiesław Pawłat, Adam Rozwałka i Andrzej Szwabe, Leszek Wiśniewski) i mniej znanych regionalistów, którzy w swoim dorobku mają jednak znaczące monografie lokalnemu sportowi poświęcone (Jacek Kosierb ze Świdnika i Mirosław Tereszczuk z Tomaszowa Lubelskiego).

Nie dziwiła obecność Panów Andrzeja Krychowskiego oraz Witolda Zimnego, autorów sportowych wspomnień publikowanych w serii „Moje lubelskie wspomnienia i zapomnienia”. Uczestnictwo Macieja Powały-Niedźwieckiego wydawało się oczywiste, choć trudno jednoznacznie zdefiniować samą postać, bo przecież autor kilkunastu książek traktujących o dziejach nie tylko lokalnego sportu wymyka się wszelkim porządkom, chyba że ryzykować nazbyt skromnym określeniem – „zupełnie wyjątkowy pasjonat…”.

W przestrzeniach czytelni łatwo dostrzec było tych, ciągle to grupa nazbyt liczna, którym do chwycenia za pióro ciągle przeszkadza nieuzasadniona skromność i najpewniej wyimaginowane obawy, co do trudów pisania o sporcie. W istocie, zadanie to do prostych nie należy, ale pora, w zgodzie z duchem sportu, minimalizować wszelkie lęki i bojaźnie. Potrzebą chwili staje się przecież opracowanie dziejów żydowskiego sportu w Lublinie, historii lubelskiego „Sokoła”, dziejów lokalnej sportowej prasy, historii lubelskiego sportu akademickiego, biografii pokaźnej liczby związanych z regionem zawodników. Lista tematów możliwych do podjęcia jest niezmiernie długa – ta podana wyżej może być tylko zachętą dla obecnych na spotkaniu osób najlepiej, moim zdaniem, predystynowanych do badań w tym zakresie… Warto zabierać się do pracy, bo na sali pojawili się także doktoranci i studenci Instytutu Historii, w których z pewnością drzemią ogromne siły, aby pisać o sporcie i to nietuzinkowo, nowocześnie, w zgodzie z najnowszymi trendami wyznaczanymi choćby w humanistycznej refleksji nad istotą i naturą piłki nożnej. Żeby dopełnić połączoną z określonymi postulatami badawczymi prezentację obecnych gości odnotować należy nobilitujące dla przedsięwzięcia uczestnictwo władz rektorskich UMCS (Profesor Doroty Kołodyńskiej oraz Profesora Arkadiusza Berezy).

W jednoznaczny sposób przekonali wszystkich, że atencja władz Uniwersytetu wobec sportu nie zaczyna się i nie kończy na Akademickim Związku Sportowym…

W ciekawej dyskusji głos zabierał również reprezentant muzealników (widoczny na fot. kierownik Muzeum UMCS, Dariusz Boruch) zainteresowanych raczej sportowe artefakty gromadzone przez lata – od 2013 r.- w ramach realizowanego w IH UMCS projektu Lubelskie Centrum Dokumentacji Historii Sportu. 

              Ważną częścią spotkania, choć wedle mnie bynajmniej nie kluczową, było swego rodzaju „intelektualne rozdawnictwo”. Stanowiło pożądany efekt anonsowanej uprzednio prośby o dzielenie się publikacjami, które wzbogacić mogłyby zwłaszcza sportowe lubliniana, relatywnie rzadki (przynajmniej do pewnego momentu!) gatunek pisarstwa poświęcony dziejom regionalnego sportu. Apel nie przeszedł bez echa. Już w tej chwili pragnę szczerze za wszelkie dary podziękować, kierując te słowa także wobec tych, którzy osobiście przybyć nie mogli, np. Macieja Maja czy Bartłomieja Kowalskiego. Z dumą powiedzieć można (właściwych emocji nie odda zapewne poniższa fotorelacja z „aktów przekazywania książek”), że uzbierał się cały metr bieżący publikacji, a to przecież dobry …. kawał historii sportu.

W związku z tą optymistyczną miarą nasuwa mi się refleksja związana z pewnego rodzaju wieszczeniem, na ile ten aport przełoży się na jakość i liczbę publikacji o dziejach lubelskiego sportu. Kiedy w 2013 roku tworzyłem Lubelskie Centrum Dokumentacji Historii Sportu kondycja tego pisarstwa nie wyglądała najlepiej. Nie chcę bynajmniej twierdzić, że inicjatywa ta w jakiś sposób rozbudziła środowisko, a opublikowanie niemal równolegle z tym aktem (wraz z dr E. Zielińską) „Bibliografii historii lubelskiego sportu” stało się prawdziwym katalizatorem w rozwoju gatunku (chyba coś jednak jest na rzeczy, bo moi rozmówcy wspominali, że swoje poszukiwania biblioteczne prowadzili ze wspomnianą „Bibliografią” pod ręką…).    

Tyle o w miarę wymiernych korzyściach, gdyż – jestem przekonany – że clou spotkania tkwiło jednak w kuluarowych rozmowach (patrz: fotografie poniżej). Byłbym niezmiernie rad, gdyby dotyczyły one pisarskich planów
i zamierzeń! Tuszę, że czytelnia IH UMCS stanie się prawdziwym przytuliskiem przyjaznym dla wszystkich pasjonatów historii sportu. Rozproszona dotąd literatura, nieznane wydawnictwa wydawane własnym sumptem, czy trudne do „namierzenia” publikacje pozbawione ISBN znalazły się wreszcie w jednym łatwo dostępnym miejscu. „Lublinianom” towarzyszą liczne prace dotyczące, co jakoś adekwatne dla natury uniwersytetu, historii olimpiad i olimpizmu oraz dziejów sportu akademickiego. Zagadnienia te wydają się szczególnie istotne dla wspomnianej humanistycznej refleksji nad sportem.  Ważne jest także szersze otoczenie – półki z książkami dotyczącymi historii Lublina i regionu, specjalistyczne słowniki i encyklopedie, periodyki historyczne.

W ten sposób kreuje się – już na poziomie biblioteki – naturalny dla sportu kontekst historyczny. Charakter prac tyczących sportu mierzyć bowiem wypada nie tylko ich ilością, ale też jakością. Być może tej drugiej posłużą i wspomogą ją regularne, odbywane w IH UMCS spotkania/panele/dyskusje poświęcone dziejom nie tylko lokalnego sportu.       

Autor fotografii z otwarcia Kącika Książki Sportowej – Wiktor Palusiński

   

Tomasz Wójtowicz (1953-2022) „Lubelski”

O śmierci ikony światowej siatkówki, Tomasza Wójtowicza, wspominali chyba wszyscy. Trudno wskazać medium, które z tej tragicznej informacji nie uczyniło wiadomości dnia.  Równie ciężko znaleźć środowiska, które we właściwy sposób, pełen powagi i empatii, pominęły tę stratę. WIELKOŚĆ TEJ POSTACI sprawiła, że głos zabierali ludzie niekoniecznie związani ze sportem. Echo śmierci Tomasza Wójtowicza wyszło też daleko poza Lublin i Polskę.

W krytycznej ocenie historyka charakter tych enuncjacji opiera się, jak zwykle, na określonym i powszechnie znanym schemacie (bezwzględnie wszystkie przekonują do wielkości Osoby i konieczności zachowania Jej w dobrej pamięci). W zależności od pochodzenia – „topografii” tych informacji – występują jednak między nimi dość istotne różnice. Te „lubelskie” mają tę cechę dominującą (przewagę?), że operują faktami, do których teoretycznie trudniej dotrzeć autorom mediów centralnych, tzw. mainstreamowych.

Gdyby nie książka Wiesława Pawłata, Tomasz Wójtowicz. Szczęście wisi na siatce (Lublin 2019) jej Bohater, używając ogromnego skrótu, byłby zapewne pozbawiony swego rodzaju korzeni, ważnej w sporcie tożsamości. Książka pełna jest akcentów lubelskich, iskrzą w niej –nadając jej wyjątkowy charakter – lokalne wątki, mało/mniej znane osoby i wydarzenia. Ten lokalny kontekst nie dotyczy wyłącznie, choć te opowieści dominują, młodości Tomasza Wójtowicza, a zatem tego okresu w Jego życiu, w którym dopiero dostrzegano w nim potencjał i materiał na przyszłego mistrza. Innymi słowy, wątki lubelskie (gwoli prawdy, lubelsko-świdnickie) są elementem niezwykle cennej, dla wielu rudymentarnej narracji o „narodzinach gwiazdy”. Zwykle to etap trudny do poznania i badania, bo młody sportowiec nie był przecież ani w centrum zainteresowania lokalnej prasy, ani bożyszczem miejscowych kibiców. Choć pamięć o Nim wywołała i utrwaliła dopiero po latach późniejsza od skromnych początków wielkość Wójtowicza (nawet ci, co ledwie zetknęli się z Wójtowiczem, gwoli ogrzania się w Jego świetle, szczególnie eksponowali podobne epizody), to trudno takim opowieściom odmówić waloru autentyczności. Z całą pewnością wspomnienia o lubelsko-świdnickim okresie życia Tomasza Wójtowicza wzbogacają materię źródłową, którą najpewniej z ochotą i roztropnością wykorzystają przyszli biografowie ikony światowej siatkówki.

W rozmaitych formach aktywności Lubelskiego Centrum Dokumentacji Historii Sportu  przy Instytucie Historii UMCS postać Tomasza Wójtowicza pojawia się wielokrotnie. Posiadamy w dyspozycji fotografie z okresu jego gry w AZS Lublin  (por. https://historiasportu.umcs.lublin.pl/2013/08/tomasz-wojtowicz/.)

Sporo miejsca poświęcono Mu w publikacjach inspirowanych przez Centrum, a poświęconych  lubelskim olimpijczykom (por. Lubelscy olimpijczycy, Lublin 2018, Olimpijczycy Lubelszczyzny, Lublin 2019). Obecność biogramów Tomasza Wójtowicza w tych pracach była zupełnie naturalna, choć trudno zakładać, że istotnie wątki lubelskie odgrywały w nich znaczącą rolę (bo traktowały głównie o młodości sportowca w szczególnie szeroki i oryginalny sposób). Takie właśnie cechy posiadają natomiast niepublikowane wspomnienia związanych z Centrum osób, które znały samego Tomasza Wójtowicza lub Jego rodzinę. Ich refleksje są zapewne jakąś drobną cegiełką w rozszerzaniu stanu wiedzy o Tomaszu Wójtowiczu.

Jedną z nich jest krótka relacja dr Andrzeja Krychowskiego (autora książki pt. 60 lat wędrówek po lubelskim sporcie. Moje wspomnienia i zapomnienia, Lublin 2020), którego oparte na niezawodnej pamięci w zakresie swojej aktywności zawodowej (oddanej bez reszty sportowi!) uwagi i spostrzeżenia z jednej strony kreślą pewne tło, kontekst, w jakim rodziła się i przebiegała kariera Tomasz Wójtowicza, z drugiej zaś celnie wskazują fakty pomijane lub po prostu niedostrzegane we wspomnianych mainstream’owych mediach. Jak zwykle w opiniach A. Krychowskiego obecne są też cenne wskazówki dla potencjalnych badaczy problemu…

Przypominam sobie z tamtych czasów (to były lata 70/80. XX wieku) „Avii” Andrzeja Łuszczuka. Grali razem z Tomkiem i jako juniorzy w AZS, i potem w Avii. Andrzej skończył chemię na UMCS i kiedy przestał być „zawodowym-amatorskim” siatkarzem, rozpoczął pracę w Komendzie Wojewódzkiej Milicji w laboratorium kryminalistycznym. Odszedł na emeryturę jako kierownik tegoż laboratorium, ale już w policji. Zapewne mógłby dużo powiedzieć, ale nie mam z nim żadnego kontaktu. Inny – obecny nie tylko w mojej pamięci, to Leszek Łasko, który potem grał w „Gwardii Wrocław” /wtajemniczeni wiedzą dlaczego/, a od lat jest we Włoszech. Wtedy, w co dzisiaj wprost trudno uwierzyć, Włosi od nas uczyli się grać w siatkówkę.

Ale ad rem! Do rodzinnego Lublina powróciłem z Piaseczna na studia w roku 1952. W latach 1973-1979 byłem trenerem, kierownikiem wyszkolenia w świdnickiej „Avii”, gdzie zarabiałem trzy razy więcej niż na równoczesnym etacie adiunkta w Instytucie Medycyny Pracy i i Higieny Wsi. Wtedy poznałem się z ojcem, Kazimierzem i jego synami, młodymi Wójtowiczami. Wiem, że matka Tomka umarła podczas porodu młodszego Wojtka. Obydwaj grali w „Avii” będącej wtedy w ekstraklasie. Ojciec Tomka bardzo boleśnie przeżył śmierć żony i trauma z tym związana towarzyszyła mu do końca pobytu w Lublinie. Kazik nie związał się z inna kobietą. Pomagałem mu wtedy najlepiej jak potrafiłem. Z Tomkiem widywaliśmy się czasami w Zakopanem w Ośrodku Przygotowań Olimpijskich, kiedy kadrę objął Hubert Wagner. Co było potem, kiedy Tomek z „Legii” Warszawa wyjechał do Włoch –  tego nie wiem. To by było tyle z tego, co pamiętam i …. jeszcze potrafię napisać. 

I jeszcze jedno dość istotne spostrzeżenie, które zostało pominięte przez zawodowych żurnalistów i urzędników. Jeśli przyjrzeć się klubowej przynależności Wójtowicza, to Tomek w zasadzie nigdy nie reprezentował LUBLINA w seniorskiej siatkówce. Bogiem a prawdą, był zawodnikiem z Lubelszczyzny. Pierwsze kroki stawiał w grupie AZS Lublin /szkółce ?/ prowadzonej przez ojca i J. Welcza. Jako już dorosły siatkarz grał i mieszkał w Świdniku, potem w Warszawie, a jeszcze później w kilku miastach włoskich. Natomiast po zakończeniu kariery mieszkał w Zalesiu Górnym koło „mojego” Piaseczna. Ostatnio w Stasinie.  Myślę, że warto to zaakcentować”. 

Kolejna „lubelska opowieść” (trzeba ich wywołać jak najwięcej!!!) pochodzi od znakomitego koszykarza lubelskiego „Startu” Pana Jerzego Żytkowskiego (ur. 1952). Namówiony do zwierzeń utrwalonych jeszcze przed śmiercią Wójtowicza z rozrzewnieniem wspominał lata dzieciństwa, które spędził w kamienicy na ul. Królewskiej pod nr. 11.  O rok młodszy Tomasz Wójtowicz mieszkał na tej samej ulicy pod 17-tką. Był zatem regularnym, stałym towarzyszem zabaw, gier i młodzieńczych zawodów „ferajny” z ulicy Królewskiej. Tak o tym okresie opowiada Pan Jerzy:

Jerzy Żytkowski, pierwszy z prawej, w hali MOSiR w drużynie juniorów lubelskiego „Startu”, Mistrzów Polski w roku 1970!

Ulica Królewska 11, obok lubelska katedra i słynna, wręcz ikoniczna dla miasta nad Bystrzycą Brama Trynitarska. Zaraz dalej stare miasto. W potężnej kamienicy, w której mieszkała moja rodzina dzisiaj usadowił się Luxmed. Nie tylko z tego powodu miejsca te fizycznie wyglądają zupełnie inaczej niż w czasie, kiedy stanowiły dla mnie prawdziwy kosmos – przestrzeń, w której dorastałem i z której perspektywy poznawałem otaczający świat.  To wszystko działo się w samym centrum miasta i trudno wskazać miejsca bardziej ze swej natury lubelskie.  Chodziłem do Szkoły Podstawowej nr 12 przy Placu Wolności 4, a dzisiaj to przecież liceum Unii Lubelskiej, które istniało dużo wcześniej niż potem wybudowano SP.12. Centralny w topografii Park Saski w każdą niedzielę stanowił cel rodzinnych spacerów. Pamiętam, jak zaraz po mszy świętej w kościele (???? ), wspólnie z ojcem, mamą i siostrą Haliną, nieśpiesznie przechodząc przez główne arterie miasta, docieraliśmy do położonego prawie na peryferiach miasta parku. Z tego powodu zaraz po ministranturze szybko wracałem do domu. Z jeszcze większą ochotą brałem udział w innych miejscowych atrakcjach, których miejscem – jak w wielu innych dzielnicach starówki – były podwórka. Stanowiły one swego rodzaju centra kulturalne, czasem ekonomiczne, a najczęściej rozrywkowe w najszerszym tego słowa znaczeniu. Dla mnie kultowość podwórka wynikała z faktu, że była to przestrzeń, która łatwo potrafiliśmy przystosować do potrzeb naszych rozmaitych form rywalizacji. To, że chcieliśmy współzawodniczyć, było dla nas rzeczą zupełnie naturalną, chcieliśmy przekonywać siebie samych i nasze otoczenie, że jesteśmy najlepsi. Były zatem popisy indywidualne, ale najczęściej rywalizujące drużyny tworzyliśmy wedle miejsca zamieszkania – łatwo organizowali się w nie chłopcy z Królewskiej 11, 13 i ci spod 5-tki. Skoro jednak tę wyższość można było okazywać na sto tysięcy sposobów, to podwórko raz stawało się sala gimnastyczną, potem boiskiem do siatkówki, a zimą przeistaczało się w lodowisko. Trzepak był zatem sprzętem „wielodyscyplinowym” i ogólnorozwojowym. Wielką frajdę dawała możliwość gry w hokeja tym bardziej, że dyscyplina ta miała w Lublinie swoje piękne tradycje. Trudnością było zdobycie kijów hokejowych, ale mieliśmy na tę bolączkę własny, sprawdzony patent.  Aby zdobyć „prawdziwe” kije, chodziliśmy na mecze hokeja na „Lubliniankę”. Jak w trakcie meczu połamane kije stawały się niczyje, szybko je uprzątaliśmy, a potem kleiliśmy, zbijali etc.  Tak wyposażeni z na ogół przykręconymi do zimowych butów łyżwami śmigaliśmy po zalanym wodą podwórku. Ówczesne zimy dawały nam się cieszyć tą rzadką dzisiaj dyscypliną znaczenie dłużej niż w czasie dzisiejszych kapryśnych zimowych  tylko z nazwy miesięcy. Pamiętam zresztą jak tata zrobił specjalnie dla mnie sanki (bardziej wtedy popularne niż narty). Popisywałem się nimi w jeździe stromą ulicą Podgrodzie, która w ostre zimy stawała się prawdziwym torem saneczkowym. Nie trwało to długo nie tyle z powodu braku śniegu i mrozu, co raczej mojej brawury. Kiedy najechałem sankami na kamień, niewiele z nich zostało. No, może trochę strachu wobec tego, co miał na ten wypadek powiedzieć tata… 

Nastoletni Jerzy Żytkowski-akrobata wykonuje popisy gimnastyczne na uniwersalnym przyrządzie sportowym trzepaku na podwórku przy Królewskiej 11.

Sporo emocji wywoływały też zawody dzisiaj zupełnie w przestrzeni miasta zapomniane i zapewne też trudne do pojęcia przez młode, zafascynowane nowoczesnymi technologiami pokolenie. Gazowe kuchnie wyparły z domowego zaplecza każdej starej kamienicy fajerki i pogrzebacze, a przecież stanowiły one wspaniałe i oryginalne wyposażenie dla uczestników oryginalnych wyścigów. Każdy z nich z pogrzebaczem w ręku toczył z jego pomocą przed sobą fajerkę. Było przy tym sporo hałasu, żartów, ale i śmiertelnie traktowanej rywalizacji. Zabrzmi to dzisiaj dziwnie, ale mistrzem fajerki wcale nie było zostać prosto tym bardziej, że trasa wyścigu nie należała do najłatwiejszych. Współzawodnictwo zaczynało się na podwórku, potem wyścig przebiegał przez ulice Żmigród, potem Dąbrowskiego i Kozią. Koniec pętli i meta znajdowały się tam, gdzie umiejscowiony był start – na podwórku. Zawodom czasem towarzyszyło trochę kibiców (np. w „fajerkowych” biegach nie uczestniczyły nasze koleżanki, które sprawdzały się w roli aktywnych widzów i niekiedy adresatek westchnień wielu uczestników rywalizacji). Poza poczuciem dumy triumfatora i uznania kolegów (i koleżanek) zwycięzcy nie otrzymywali żadnych nagród. Mimo to współzawodnictwo, adrenalina, emocje, czysta walka warte były największych wyróżnień i form honorowania zwycięzców.

Nie ma co jednak oszukiwać, że najważniejszą dyscyplina podwórkową była piłka nożna. Z powodu przestrzeni rozgrywek mecze nie były już dosłownie podwórkowe, bo skutki uboczne gry w piłkę nożną dla wielu mieszkańców kamienicy mogły być opłakane. Na różne sposoby zatem przedzieraliśmy się na obiekty szkoły Vetterów. Tam rozgrywane były prawdziwe mecze z udziałem…  W tych dzikich rozgrywkach szło mi chyba całkiem nieźle – najkrócej rzecz ujmując – dostrzeżono mnie!” Potem jeszcze drogi obu Panów, Jerzego i Tomasza, zeszły się  w świdnickiej WSK, gdzie obaj zatrudnieni byli na „niesportowych” etatach.

Warto te zwierzenia zweryfikować i porównać ze słowami Tomasza Wójtowicza spisanymi przez znanego lubelskiego dziennikarza, Wiesława Pawłata…

Na nieco inny sposób, iskrzący humorem i dystansem do siebie wspomniał Tomasza Wójtowicza, Witold Zimny, zasłużony człowiek lubelskiego sportu, wieloletni prezes Wojewódzkiej Federacji Sportu w Lublinie (z poza nim wiceprezes ZG AZS!). W swoich wspomnieniach Pan Witold pisze (Sport, AZS i moje życie (które sobie chwalę…), Lublin 2022, s. 13-14).

W technikum znowu miałem szczęście do nauczyciela wuefu. Był nim mgr Jerzy Kaczmarek. Znakomity trener lekkiej atletyki, który prowadził ważną dla mnie kadrę szkoły w piłce siatkowej. Warto pamiętać, że każdy mecz ligi szkół średnich miasta Lublina w siatkówce to było wówczas znaczące wydarzenie. Dość powiedzieć, że w reprezentacji Technikum Budowlanego grał wtedy Tomasz Wójtowicz i jego brat Wojciech. A w reprezentacji Technikum Energetycznego między innymi… ja.

Reprezentacja siatkarzy lubelskiego Technikum Energetycznego. W roli kapitana Mirosław Rusakiewicz, obok Marian Surmacki, Jacek Ćwikła, Andrzej Pecio, autor, kolejnego kolegi nie pamiętam, Adam Stachurski i Krzysztof Strawa.

W tym miejscu chcę przypomnieć moje największe osiągnięcie sportowe jako zawodnika. Oto w meczu pomiędzy „Budowlanką” a „Energetykiem” zablokowałem jednego z najlepszych siatkarzy świata, Tomka Wójtowicza. Może to tylko On-Mistrz walnął piłką w moje ręce, które nieopatrznie wstawiłem nad siatkę – dość, że piłka wróciła na ich boisko, ale punktu nie było, bo oni serwowali (takie były wówczas przepisy). Bez specjalnego zdumienia odebrałem brak tego epizodu we wspomnieniach Tomka. Ale ja się jednak będę chwalił! A może mój blok był tak dziurawy jak podczas treningu, a całość tylko sobie wymyśliłem, choć powiem szczerze, że wierzę, że tak właśnie z tym blokiem było…”

Lata szkoły średniej – trening siatkarski. Blok w wykonaniu autora tym razem
okazał się nieskuteczny…

Nie mam pewności, czy dzięki lekturze tego tekstu czytelnicy dowiedzieli się o Tomaszu Wójtowiczu czegoś więcej. A może, jeśli nie „czegoś więcej”, to może przynajmniej „czegoś innego…”

Niezależnie od rozstrzygnięcia tego dylematu gorąco namawiam do współpracy z Centrum, dzielenia się swoimi sportowymi wspomnieniami nawet jeśli niewiele w nich sukcesów miary ikony światowej siatkówki… Lubelskość Centrum jest gwarancją, że Państwa relacje wzbudzą autentyczne zainteresowanie twórców tej inicjatywy.

Adres do kontaktu: slapekdariusz@gmail.com Dziękuję za wsparcie w postaci „ukierunkowanych” na rodzinę Wójtowiczów wspomnień  dr Andrzeja Krychowskiego! 

Lubelska medycyna sportowa (medycyna w sporcie)

Każde moje spotkanie i rozmowa z dr Andrzejem Krychowskim przynosi mi określone korzyści (dostrzegam je, mówiąc językiem sportowym, na różnych dystansach). Dość powiedzieć, że te pierwsze z przełomu 2018/2019 okazały się na tyle inspirujące i ważne, że poniekąd (to ogromny skrót!) zrodziły się z nich wydane drukiem wspomnienia A. Krychowskiego (60 lat wędrówek po lubelskim sporcie. Moje wspomnienia i zapomnienia, Lublin 2020).  Dla zainteresowanych dziejami lubelskiego sportu ostatnich dziesięcioleci to niewątpliwie lektura obowiązkowa.

Po ostatniej rozmowie z Autorem skonstatowałem, że mimo obecności pewnych wątków związanych z pracą zawodową A. Krychowskiego dość zdawkowo w książce opowiedziano o …. medycynie sportowej. Gwoli rozpoznania tej pasji i zasług w tej dziedzinie wybitnego lubelskiego trenera, umieszczam poniżej skan artykułu Andrzeja Kwieka pt. Centrum porad. W Lublinie powstał najnowocześniejszy w naszym kraju ośrodek medycyny sportowej („Kurier Sport” 17.01.2005). Przy okazji biję się też mocno w piersi, jako totalny laik w zakresie medycyny (także tej ważnej dla sportu) nie doceniałem, bowiem tego wątku w biografii A. Krychowskiego. W trakcie wspomnianych rozmów uciekałem od tych kwestii – dzisiaj wiem, że niesłusznie.

Krótki tekst o lubelskiej medycynie sportowej szybko doczekał się post scriptum. Doktor Krychowski napisał: „Z Pana komentarza można przypuszczać, że Ośrodek istnieje i funkcjonuje nadal w Sanitasie. To była własność Włochów. Zlikwidowali ją po kilkunastu miesiącach, kiedy zorientowali się, że biznesu na tym nie zrobią. Jest tam teraz rehabilitacja. Przychodnia wojewódzka też nie istnieje. Włączono ją do Woj. Ośr. Medycyny Pracy. Jest tam pokój z napisem „Gabinet medycyny sportu”. Nie leczą, tylko wypisują lub prolongują karty zdrowia na podstawie badań lekarskich nie wiem gdzie robionych i stwierdzających, że „sport badanemu nie przeszkadza”. Podobno niektóre kluby mają swoich lekarzy. Nie wiem, jakich specjalności, bo od kilkunastu lat już się w sporcie nie udzielam i nie wiem, co się tam teraz dzieje. To temat na komentarz dla mediów. Problem znam historycznie od przełomu lat 40/50 do roku 2010″.

„Gladiatory” dla Gladiatorek – między promocją piłki ręcznej a prawdą historyczną

Trudno mienić się prawdziwym kibicem lubelskiego sportu ignorując kobiece rozgrywki w piłkę ręczną. Rozliczne sukcesy Naszych (w istocie coraz rzadziej rodzimej proweniencji  wychowanek) zobowiązują, zwłaszcza, że ostatnimi laty kolejne, naznaczone sponsorskimi przydomkami emanacje Międzyszkolnego Klubu Sportowego, grają nieco w kratkę i mocnego wsparcia z wszelakich możliwych stron potrzebują coraz wyraźniej. Nie zmienia to faktu, że komentatorom sportowym Lubin przestał się już mylić z Lublinem, coraz bardziej historycznym (tzn. odległym w czasie) dominatorem żeńskiego handballu w Polsce. W istocie, centrum tej dyscypliny w kobiecym wydaniu przenosi się stopniowo do zachodniej części kraju, a Mekką najzdolniejszych szczypiornistek stopniowo przestaje być gród nad Bystrzycą.

Nieco rozkapryszonym dawnymi sukcesami kibicom lubelskim, w jakimś sensie przyzwyczajonym do złota, z pewnym trudem, – choć zupełnie niesłusznie – przychodzi akceptowanie nawet srebrnych medali Superligi (tak się oficjalnie nazywa system kobiecych rozgrywek). Nie inaczej było w tym roku – po sportowej walce MKS Lublin uznać musiał wyższość szczypiornistek z Lubina. 21 maja 2022 r. w miedziowej stolicy Polski na zakończenie sezonu 2021/2022 PGNiG Superligi Kobiet drużyna Zagłębia Lubin pokonała  rywalki z KPR-u Gminy Kobierzyce. Pełen emocji mecz transmitowała TVP Sport, która sporo czasu oddała też mistrzyniom pokazując ich szczerą i ogromną radość ze zdobytego po raz drugi z rzędu trofeum.

O ile wielokrotne nazywanie piłkarek obu zespołów mianem „gladiatorek” mogłem, – jako historyk starożytności – ścierpieć, a nawet w pewnym sensie zrozumieć, to moja wrażliwość na ciągłe i pewnie też, dlatego pozbawione sensu łamanie reguł umiaru w drugiej części transmisji, raptem dała o sobie znać (siadłem, zatem i piszę!).

Oto w samym meczu było wiele walki i zaciętości, siły, potu i pewnie też krwi, co w jakimś stopniu usprawiedliwiało fakt, że rozentuzjazmowani komentatorzy (mniejsza o nazwiska, choć, co ciekawe były wśród nich kobiety!!!) przywoływali rzeczownik „gladiatorka, gladiatorki” odmieniając je w niemal wszystkich przypadkach. Zupełnie inaczej skala owej akceptacji/zrozumienia wyglądała wówczas, kiedy uśmiechnięte i szczęśliwe zawodniczki odbierały gratulacje i medale. Najlepsze w całych rozgrywkach  otrzymały statuetki nazwane przez organizatora plebiscytu „Gladiatorami””.

Może ten fakt w jakiś sposób usprawiedliwia komentatorów telewizyjnych, (choć tak uprofilowany dziennikarz powinien znać w największym choćby zarysie historię „sportu antycznego”), ale doprawdy trudno zrozumieć motywy fundatora nagród, z założenia racjonalnie wydającego publiczne środki. Z pewnością nazwy nie zweryfikowano przez prostą refleksję historyczną – o czym za chwilę. Pojawiło się tu raczej mechaniczne przeniesienie ukutej znów przez dziennikarzy (lub oficjeli odpowiedzialnych za promocję dyscypliny) maniery nazywania polskich szczypiornistów mianem gladiatorów od czasu największych sukcesów reprezentacji prowadzonej przez Bogdana Wentę. Uczyniono tak, opierając się na pewnym stereotypie – gladiator był przede wszystkim symbolem siły, odwagi i poświęcenia.

Nie wolno jednak zapominać, że to tylko jedna strona medalu. Rzymianie mieli, bowiem do gladiatorów stosunek ambiwalentny – podziwiali ich (z powodów wskazanych wyżej), ale jednocześnie pogardzali nimi, bo zabijali, bo jako nieczyści uczestniczyli w walkach pogrzebowych, bo mieli do czynienia z krwią, bo epatowali tylko siłą fizyczną, bo byli niewolnikami, przestępcami, mordercami etc.. Już to nakazuje umiar w bezrefleksyjnym przywoływaniu nazwy gladiator!

W jeszcze bardziej drastycznym wymiarze ambiwalencja ta pojawia się w rzymskim stosunku do gladiatorek (łac. gladiatrix, gladiatrices). Pojawiały się one na arenach rzymskich w charakterze pewnej degradacji męskich pojedynków i związane były z przydaniem widowiskom jak najbardziej spektakularnego, wyjątkowego znaczenia. Wiązało się to także z wulgarną seksualnością, bo gladiatorki walczyły półnagie. Być może początek takich pojedynków wiązał się z Floraliami, świętami rzymskich prostytutek, w których to one same polowały na domowe zwierzęta. Dość powiedzieć, że gladtrices potępiało prawo rzymskie i to stanowione, i zwyczajowe.

Gladiatorki z płaskorzeźby z Halikarnasu. Walczą, jak mityczne Amazonki, z odsłonięta piersią

Twórcy, organizatorzy Superligi i jej komentatorzy – miejcie, zatem umiar! Jeśli powodowani emocjami przywołujecie gladiatorów/gladiatorki rzymskie, trzeba to zgodzie w wiedzą historyczną skomentować.

Nie wiem, czy po lekturze tego prostego tekstu którakolwiek z nominowanych do tytułu „Gladiatorki sezonu” zawodniczka przyjęłaby to miano z wielką radością… Z drugiej strony nadużywanie pojęcia gladiator w odniesieniu do szczypiorniaka sprawić może, że przeciętny widz nabierze przekonania, że w starożytnym Rzymie gladiatorzy grali w … piłkę ręczną.. 

Dariusz Słapek

Ukazały się wspomnienia Witolda Zimnego!

Miło nam poinformować, że właśnie opublikowana została książka Witolda Zimnego, Sport, AZS i moje życie (które sobie chwalę…), Lublin 2022, ss. 182, która stanowi tom drugi serii: „Moje lubelskie sportowe wspomnienia i… zapomnienia”.

Zamiast omawiania treści publikacji pozwalam sobie przytoczyć obecne w niej mojego autorstwa „Słowo redaktora” (s. 4-5):

„Stało się jesienią 2020 r., kiedy światło dzienne ujrzały wspomnienia dr Andrzeja Krychowskiego (znakomitego trenera i wychowawcy lubelskich lekkoatletów) zatytułowane 60 lat wędrówek po lubelskim sporcie. To one, choć skromne i niepozorne, przetarły szlak w procesie wywoływania i prowokowania tworzenia źródeł do badań nad najnowszymi dziejami lubelskiego sportu. Sporo jednak wówczas -jako cichy inspirator przedsięwzięcia- ryzykowałem, twierdząc, ufając raczej, że książka otworzy serię wydawniczą, cykl publikacji od podtytułu wspomnień A. Krychowskiego nazwany Moje lubelskie sportowe wspomnienia i…. zapomnienia.  

Dzisiaj, miast trwogi i obaw o odpowiedzialność za dane słowo, pojawia się radość i poniekąd duma. Oto do rąk entuzjastów i pasjonatów historii regionalnego sportu trafia kolejna publikacja, wspomnienia Witolda Zimnego, Sport, AZS i moje życie. Dają one zupełnie inną perspektywę postrzegania dziejów sportu niż pierwszy tomik serii, a przekonują przy tym do prawdziwości tezy, iż sport niejedno ma imię, a jego złożoną, hybrydową naturę zgłębiać niełatwo.  

Pomagać w tym może bogactwo źródeł jego poznania, bo …niewątpliwie w hierarchii ich ważności niezmiennie wysoką pozycję zajmują wspomnienia, pamiętniki, dzienniki, sztambuchy i zapiski ludzi na różne sposoby, ale zawsze mocno ze sportem związanych. Zdaje się, że niemal wyłącznie one są w stanie z wyjątkowym znawstwem oddać ducha sportu, ilustrować stojące za nim wartości, przybliżać wywoływane przezeń emocje, ożywiać towarzyszącą mu atmosferę. Pozwalam sobie przywołać słowa z przedmowy do wspomnień A. Krychowskiego w jeszcze szerszym zakresie podkreślając, że to spojrzenie „od wewnątrz” ma również szerszy wymiar – nie ogranicza się wyłącznie do sportu w jego najczystszej postaci. Zawody, mecze, zwycięstwa i porażki w tej perspektywie stają się ledwie wierzchołkiem góry lodowej, pod którym widać istny tygiel składających się nań czynników, problemów, okoliczności i przesłanek. w tym wymiarze źródła te raptem okazują się ważne dla poznania dziejów wspólnoty, która ów sport wygenerowała i w ramach, której on funkcjonował.

Wypada, zatem po raz kolejny zaapelować: Sportowcy do piór!

Macie szanse przedstawić Waszą zupełnie prywatną, mocno subiektywną wizję dziejów lubelskiego sportu. Nie piszecie jego historii, a tworzycie materiał źródłowy, na bazie, którego takie badania zostaną podjęte. Wasza pamięć może okazywać się zawodna, a emocje wystąpią pewnie w roli złośliwego suflera. Mimo tego redaktorzy serii nie zakładają możliwości ingerowania w treści relacji, a swój stosunek do autorskich sądów i wartościowań ujawniają jedynie poprzez przypisy. Pełna odpowiedzialność za słowo spada wyłącznie na autorów wspomnień zwłaszcza w sytuacjach, w których wolność pisania naruszać może wolności i prawa innych osób.

Gorąco zachęcam i zapraszam!

Dariusz Słapek

Instytut Historii UMCS

Lubelskie Centrum Dokumentacji Historii Sportu

okladka-Zimny-1-1

Szaliki pełne… symboliki, czyli o metamorfozie Metalista Charków

Proszę mi wierzyć, że nawet przypadkowe spotkania z dr Tomaszem Bieleckim zaczynają się i kończą na rozmowach o sporcie, pełno w nich historii, reminiscencji i wspomnień. Trudno o inną tematykę, skoro to Człowiek Sportu całym swoim jestestwem, który nie odgrywał w nim jak dotąd jednej tylko roli, weterana sportu! Ostatnia, pogwarka raczej niż poważna konwersacja, siłą rzeczy dotyczyła Ukrainy, ale w niezwykle ciekawym sportowym kontekście (i to z ilustracjami). Oto w telefonie Tomka ujrzałem niezwykły -jak się okazuje- szalik, którego pochodzenie wyjaśnił autor fotografii.

Znalazł się on w rękach ekipy lubelskich piłkarzy – studentów, którzy odwiedzili Charków jako uczestnicy Międzynarodowego Turnieju Zespołów Akademickich przed Euro 2012. Powstał jako gadżet upamiętniający rozegrany 22 września 2010 r. mecz 1/16 Pucharu Ukrainy, w którym  w Metalist Charków przegrał z Arsenałem Kijów (1:2). Treści na nim obecne inspirowali ultrasi Metalista Charków, co ważne w stawianiu odważnej hipotezy (patrz niżej). Obaj bowiem zgodnie założyliśmy, że napis na dole szalika wydaje się wręcz wieszczy i profetyczny w odniesieniu do zupełnie aktualnych i tragicznych wydarzeń wojny Ukrainy z bandytą Putinem. Jakże często, sercem pozostając przy niebiesko-żółtych barwach, słyszymy: „Racja jest po naszej stronie, to my zwyciężymy!”. Niezależnie od kilku przynajmniej wariantów tłumaczenia napisu przekaz/sens tego krótkiego zdania wydaje się jednoznaczny. Najbardziej przekonuje jednak do tego, że sport generalnie jest niezwykle bliski wojnie i polityce, i tylko przypadek sprawił, że napis można traktować jako antycypację  aktualnych wydarzeń. Gwoli zracjonalizowania tej tezy, niczym „niewierny Tomasz”, zacząłem drążyć sięgając głównie do historii Metalista Charków. Co do szalika jako gadżetu/nośnika wielu niezwykle cennych informacji i niemal skarbnicy niezwykle bogatej symboliki, nie miałem  żadnych wątpliwości. Zdziwiło mnie, że w Wikipedii brakuje hasła Football scarf, ale w miriadach stron WWW dedykowanych piłce nożnej łatwo znaleźć podstawowe informacje na temat historii i znaczenia kibicowskich szalików (szczególnie polecam art. Franka MacDonalda, A history of soccer scarves explained,   https://www.ruffneckscarves.com/a/blog/a-history-of-soccer-scarves-explained

Choć praca L. J. Nilssona World Football Club Crests. The Design, Meaning and Symbolism of World Football’s Most Famous Club Badges (London, Oxfor, New York, Sydney, Delhi 2018), nie wyjaśnia symboliki aktualnego emblematu (herbu?) Metalista 1925 Charków (1925 jest datą powstania klubu), to na dość skromnej stronie internetowej klubu znaleźć można informacje, że jego barwy to charakterystyczne kolory niebieski i żółty. Stąd o piłkarzach klubu mówi się, że są Жовто-Сині (Żółto-Niebiescy). W sposób jednoznaczny nawiązuje to do barw narodowych Ukrainy, pośrednio przekonuje do patriotycznych postaw jego kibiców. Pewności jednak nie ma, bo przecież Charków uznawany jest za miasto rosyjsko-języczne…

Wydaje się jednak, że już w 2010 r. (data powstania szalika z jego profetycznym napisem) wśród ultras klubu dominowali kibice proukraińscy. Teza ta opiera się na antycypowaniu pewnych zdarzeń z okresu przed i po II-m Majdanie, a zwłaszcza wojny z Rosją w 2014 r. Wyjaśnia je Z. Rokita w artykule Jak ukraińscy kibice próbują odzyskać futbol (holistic.news/jak-ukrainscy-kibice-probuja-odzyskac-futbol/ . Jego zdaniem, wspomniane wydarzenia nie tylko zmieniły topografię ukraińskiego futbolu (po oderwaniu samozwańczych republik), ale też zintensyfikowały „wyrywanie” klubów ukraińskich z rąk miejscowych oligarchów. 

Na fot. Ołeksandr Jarosławski, jeden z oligarchów, który odnosił z klubem spore sukcesy, ale też doprowadził go do upadku… Napisy na jego szaliku łączą sukcesy klubu epoki ZSRR z udziałem klubu w ekstraklasie ukraińskiej

Taki proces najwcześniej i w skali najszerszej zaistniał w Metaliście po jego rozwiązaniu w 2016 r. Amatorski Metalist 1925 Charków przejęli kibice, finansując klub i zarządzając nim w sposób niezależny od oligarchów! Rokita cytuje jednego z działaczy: „Przy klubie powołano np. wiele komisji, w których zasiadają kibice. Nie zdecydują, jaki skład wypuścić na murawę, ale w wielu sprawach mają decydujący głos. Nigdzie nie ma czegoś takiego”. Kibice okazali się dobrze przygotowani do tej samodzielności, bo aktywnie w 2013 r. wystąpili na Majdanie przeciw prorosyjskiemu prezydentowi Janukowyczowi. Potem w wojnie o Donbas w 2014 r. ultrasi Metalista chętnie wstępowali do słynnego pułku Azow… Kształtowanie tej postawy było z pewnością procesem, który rozpoczął się dużo wcześniej niż stworzenie Metalista 1925 Charków…

Być może zatem obaj z Tomkiem mieliśmy rację, iż ultrasi Metalista już 2010 jako swe logo i zawołanie wybrali hasło, w którym było tyle samo rzeczywistości sportowej, co tej politycznej…