„Gladiatory” dla Gladiatorek – między promocją piłki ręcznej a prawdą historyczną

Trudno mienić się prawdziwym kibicem lubelskiego sportu ignorując kobiece rozgrywki w piłkę ręczną. Rozliczne sukcesy Naszych (w istocie coraz rzadziej rodzimej proweniencji  wychowanek) zobowiązują, zwłaszcza, że ostatnimi laty kolejne, naznaczone sponsorskimi przydomkami emanacje Międzyszkolnego Klubu Sportowego, grają nieco w kratkę i mocnego wsparcia z wszelakich możliwych stron potrzebują coraz wyraźniej. Nie zmienia to faktu, że komentatorom sportowym Lubin przestał się już mylić z Lublinem, coraz bardziej historycznym (tzn. odległym w czasie) dominatorem żeńskiego handballu w Polsce. W istocie, centrum tej dyscypliny w kobiecym wydaniu przenosi się stopniowo do zachodniej części kraju, a Mekką najzdolniejszych szczypiornistek stopniowo przestaje być gród nad Bystrzycą.

Nieco rozkapryszonym dawnymi sukcesami kibicom lubelskim, w jakimś sensie przyzwyczajonym do złota, z pewnym trudem, – choć zupełnie niesłusznie – przychodzi akceptowanie nawet srebrnych medali Superligi (tak się oficjalnie nazywa system kobiecych rozgrywek). Nie inaczej było w tym roku – po sportowej walce MKS Lublin uznać musiał wyższość szczypiornistek z Lubina. 21 maja 2022 r. w miedziowej stolicy Polski na zakończenie sezonu 2021/2022 PGNiG Superligi Kobiet drużyna Zagłębia Lubin pokonała  rywalki z KPR-u Gminy Kobierzyce. Pełen emocji mecz transmitowała TVP Sport, która sporo czasu oddała też mistrzyniom pokazując ich szczerą i ogromną radość ze zdobytego po raz drugi z rzędu trofeum.

O ile wielokrotne nazywanie piłkarek obu zespołów mianem „gladiatorek” mogłem, – jako historyk starożytności – ścierpieć, a nawet w pewnym sensie zrozumieć, to moja wrażliwość na ciągłe i pewnie też, dlatego pozbawione sensu łamanie reguł umiaru w drugiej części transmisji, raptem dała o sobie znać (siadłem, zatem i piszę!).

Oto w samym meczu było wiele walki i zaciętości, siły, potu i pewnie też krwi, co w jakimś stopniu usprawiedliwiało fakt, że rozentuzjazmowani komentatorzy (mniejsza o nazwiska, choć, co ciekawe były wśród nich kobiety!!!) przywoływali rzeczownik „gladiatorka, gladiatorki” odmieniając je w niemal wszystkich przypadkach. Zupełnie inaczej skala owej akceptacji/zrozumienia wyglądała wówczas, kiedy uśmiechnięte i szczęśliwe zawodniczki odbierały gratulacje i medale. Najlepsze w całych rozgrywkach  otrzymały statuetki nazwane przez organizatora plebiscytu „Gladiatorami””.

Może ten fakt w jakiś sposób usprawiedliwia komentatorów telewizyjnych, (choć tak uprofilowany dziennikarz powinien znać w największym choćby zarysie historię „sportu antycznego”), ale doprawdy trudno zrozumieć motywy fundatora nagród, z założenia racjonalnie wydającego publiczne środki. Z pewnością nazwy nie zweryfikowano przez prostą refleksję historyczną – o czym za chwilę. Pojawiło się tu raczej mechaniczne przeniesienie ukutej znów przez dziennikarzy (lub oficjeli odpowiedzialnych za promocję dyscypliny) maniery nazywania polskich szczypiornistów mianem gladiatorów od czasu największych sukcesów reprezentacji prowadzonej przez Bogdana Wentę. Uczyniono tak, opierając się na pewnym stereotypie – gladiator był przede wszystkim symbolem siły, odwagi i poświęcenia.

Nie wolno jednak zapominać, że to tylko jedna strona medalu. Rzymianie mieli, bowiem do gladiatorów stosunek ambiwalentny – podziwiali ich (z powodów wskazanych wyżej), ale jednocześnie pogardzali nimi, bo zabijali, bo jako nieczyści uczestniczyli w walkach pogrzebowych, bo mieli do czynienia z krwią, bo epatowali tylko siłą fizyczną, bo byli niewolnikami, przestępcami, mordercami etc.. Już to nakazuje umiar w bezrefleksyjnym przywoływaniu nazwy gladiator!

W jeszcze bardziej drastycznym wymiarze ambiwalencja ta pojawia się w rzymskim stosunku do gladiatorek (łac. gladiatrix, gladiatrices). Pojawiały się one na arenach rzymskich w charakterze pewnej degradacji męskich pojedynków i związane były z przydaniem widowiskom jak najbardziej spektakularnego, wyjątkowego znaczenia. Wiązało się to także z wulgarną seksualnością, bo gladiatorki walczyły półnagie. Być może początek takich pojedynków wiązał się z Floraliami, świętami rzymskich prostytutek, w których to one same polowały na domowe zwierzęta. Dość powiedzieć, że gladtrices potępiało prawo rzymskie i to stanowione, i zwyczajowe.

Gladiatorki z płaskorzeźby z Halikarnasu. Walczą, jak mityczne Amazonki, z odsłonięta piersią

Twórcy, organizatorzy Superligi i jej komentatorzy – miejcie, zatem umiar! Jeśli powodowani emocjami przywołujecie gladiatorów/gladiatorki rzymskie, trzeba to zgodzie w wiedzą historyczną skomentować.

Nie wiem, czy po lekturze tego prostego tekstu którakolwiek z nominowanych do tytułu „Gladiatorki sezonu” zawodniczka przyjęłaby to miano z wielką radością… Z drugiej strony nadużywanie pojęcia gladiator w odniesieniu do szczypiorniaka sprawić może, że przeciętny widz nabierze przekonania, że w starożytnym Rzymie gladiatorzy grali w … piłkę ręczną.. 

Dariusz Słapek

Ukazały się wspomnienia Witolda Zimnego!

Miło nam poinformować, że właśnie opublikowana została książka Witolda Zimnego, Sport, AZS i moje życie (które sobie chwalę…), Lublin 2022, ss. 182, która stanowi tom drugi serii: „Moje lubelskie sportowe wspomnienia i… zapomnienia”.

Zamiast omawiania treści publikacji pozwalam sobie przytoczyć obecne w niej mojego autorstwa „Słowo redaktora” (s. 4-5):

„Stało się jesienią 2020 r., kiedy światło dzienne ujrzały wspomnienia dr Andrzeja Krychowskiego (znakomitego trenera i wychowawcy lubelskich lekkoatletów) zatytułowane 60 lat wędrówek po lubelskim sporcie. To one, choć skromne i niepozorne, przetarły szlak w procesie wywoływania i prowokowania tworzenia źródeł do badań nad najnowszymi dziejami lubelskiego sportu. Sporo jednak wówczas -jako cichy inspirator przedsięwzięcia- ryzykowałem, twierdząc, ufając raczej, że książka otworzy serię wydawniczą, cykl publikacji od podtytułu wspomnień A. Krychowskiego nazwany Moje lubelskie sportowe wspomnienia i…. zapomnienia.  

Dzisiaj, miast trwogi i obaw o odpowiedzialność za dane słowo, pojawia się radość i poniekąd duma. Oto do rąk entuzjastów i pasjonatów historii regionalnego sportu trafia kolejna publikacja, wspomnienia Witolda Zimnego, Sport, AZS i moje życie. Dają one zupełnie inną perspektywę postrzegania dziejów sportu niż pierwszy tomik serii, a przekonują przy tym do prawdziwości tezy, iż sport niejedno ma imię, a jego złożoną, hybrydową naturę zgłębiać niełatwo.  

Pomagać w tym może bogactwo źródeł jego poznania, bo …niewątpliwie w hierarchii ich ważności niezmiennie wysoką pozycję zajmują wspomnienia, pamiętniki, dzienniki, sztambuchy i zapiski ludzi na różne sposoby, ale zawsze mocno ze sportem związanych. Zdaje się, że niemal wyłącznie one są w stanie z wyjątkowym znawstwem oddać ducha sportu, ilustrować stojące za nim wartości, przybliżać wywoływane przezeń emocje, ożywiać towarzyszącą mu atmosferę. Pozwalam sobie przywołać słowa z przedmowy do wspomnień A. Krychowskiego w jeszcze szerszym zakresie podkreślając, że to spojrzenie „od wewnątrz” ma również szerszy wymiar – nie ogranicza się wyłącznie do sportu w jego najczystszej postaci. Zawody, mecze, zwycięstwa i porażki w tej perspektywie stają się ledwie wierzchołkiem góry lodowej, pod którym widać istny tygiel składających się nań czynników, problemów, okoliczności i przesłanek. w tym wymiarze źródła te raptem okazują się ważne dla poznania dziejów wspólnoty, która ów sport wygenerowała i w ramach, której on funkcjonował.

Wypada, zatem po raz kolejny zaapelować: Sportowcy do piór!

Macie szanse przedstawić Waszą zupełnie prywatną, mocno subiektywną wizję dziejów lubelskiego sportu. Nie piszecie jego historii, a tworzycie materiał źródłowy, na bazie, którego takie badania zostaną podjęte. Wasza pamięć może okazywać się zawodna, a emocje wystąpią pewnie w roli złośliwego suflera. Mimo tego redaktorzy serii nie zakładają możliwości ingerowania w treści relacji, a swój stosunek do autorskich sądów i wartościowań ujawniają jedynie poprzez przypisy. Pełna odpowiedzialność za słowo spada wyłącznie na autorów wspomnień zwłaszcza w sytuacjach, w których wolność pisania naruszać może wolności i prawa innych osób.

Gorąco zachęcam i zapraszam!

Dariusz Słapek

Instytut Historii UMCS

Lubelskie Centrum Dokumentacji Historii Sportu

okladka-Zimny-1-1

Szaliki pełne… symboliki, czyli o metamorfozie Metalista Charków

Proszę mi wierzyć, że nawet przypadkowe spotkania z dr Tomaszem Bieleckim zaczynają się i kończą na rozmowach o sporcie, pełno w nich historii, reminiscencji i wspomnień. Trudno o inną tematykę, skoro to Człowiek Sportu całym swoim jestestwem, który nie odgrywał w nim jak dotąd jednej tylko roli, weterana sportu! Ostatnia, pogwarka raczej niż poważna konwersacja, siłą rzeczy dotyczyła Ukrainy, ale w niezwykle ciekawym sportowym kontekście (i to z ilustracjami). Oto w telefonie Tomka ujrzałem niezwykły -jak się okazuje- szalik, którego pochodzenie wyjaśnił autor fotografii.

Znalazł się on w rękach ekipy lubelskich piłkarzy – studentów, którzy odwiedzili Charków jako uczestnicy Międzynarodowego Turnieju Zespołów Akademickich przed Euro 2012. Powstał jako gadżet upamiętniający rozegrany 22 września 2010 r. mecz 1/16 Pucharu Ukrainy, w którym  w Metalist Charków przegrał z Arsenałem Kijów (1:2). Treści na nim obecne inspirowali ultrasi Metalista Charków, co ważne w stawianiu odważnej hipotezy (patrz niżej). Obaj bowiem zgodnie założyliśmy, że napis na dole szalika wydaje się wręcz wieszczy i profetyczny w odniesieniu do zupełnie aktualnych i tragicznych wydarzeń wojny Ukrainy z bandytą Putinem. Jakże często, sercem pozostając przy niebiesko-żółtych barwach, słyszymy: „Racja jest po naszej stronie, to my zwyciężymy!”. Niezależnie od kilku przynajmniej wariantów tłumaczenia napisu przekaz/sens tego krótkiego zdania wydaje się jednoznaczny. Najbardziej przekonuje jednak do tego, że sport generalnie jest niezwykle bliski wojnie i polityce, i tylko przypadek sprawił, że napis można traktować jako antycypację  aktualnych wydarzeń. Gwoli zracjonalizowania tej tezy, niczym „niewierny Tomasz”, zacząłem drążyć sięgając głównie do historii Metalista Charków. Co do szalika jako gadżetu/nośnika wielu niezwykle cennych informacji i niemal skarbnicy niezwykle bogatej symboliki, nie miałem  żadnych wątpliwości. Zdziwiło mnie, że w Wikipedii brakuje hasła Football scarf, ale w miriadach stron WWW dedykowanych piłce nożnej łatwo znaleźć podstawowe informacje na temat historii i znaczenia kibicowskich szalików (szczególnie polecam art. Franka MacDonalda, A history of soccer scarves explained,   https://www.ruffneckscarves.com/a/blog/a-history-of-soccer-scarves-explained

Choć praca L. J. Nilssona World Football Club Crests. The Design, Meaning and Symbolism of World Football’s Most Famous Club Badges (London, Oxfor, New York, Sydney, Delhi 2018), nie wyjaśnia symboliki aktualnego emblematu (herbu?) Metalista 1925 Charków (1925 jest datą powstania klubu), to na dość skromnej stronie internetowej klubu znaleźć można informacje, że jego barwy to charakterystyczne kolory niebieski i żółty. Stąd o piłkarzach klubu mówi się, że są Жовто-Сині (Żółto-Niebiescy). W sposób jednoznaczny nawiązuje to do barw narodowych Ukrainy, pośrednio przekonuje do patriotycznych postaw jego kibiców. Pewności jednak nie ma, bo przecież Charków uznawany jest za miasto rosyjsko-języczne…

Wydaje się jednak, że już w 2010 r. (data powstania szalika z jego profetycznym napisem) wśród ultras klubu dominowali kibice proukraińscy. Teza ta opiera się na antycypowaniu pewnych zdarzeń z okresu przed i po II-m Majdanie, a zwłaszcza wojny z Rosją w 2014 r. Wyjaśnia je Z. Rokita w artykule Jak ukraińscy kibice próbują odzyskać futbol (holistic.news/jak-ukrainscy-kibice-probuja-odzyskac-futbol/ . Jego zdaniem, wspomniane wydarzenia nie tylko zmieniły topografię ukraińskiego futbolu (po oderwaniu samozwańczych republik), ale też zintensyfikowały „wyrywanie” klubów ukraińskich z rąk miejscowych oligarchów. 

Na fot. Ołeksandr Jarosławski, jeden z oligarchów, który odnosił z klubem spore sukcesy, ale też doprowadził go do upadku… Napisy na jego szaliku łączą sukcesy klubu epoki ZSRR z udziałem klubu w ekstraklasie ukraińskiej

Taki proces najwcześniej i w skali najszerszej zaistniał w Metaliście po jego rozwiązaniu w 2016 r. Amatorski Metalist 1925 Charków przejęli kibice, finansując klub i zarządzając nim w sposób niezależny od oligarchów! Rokita cytuje jednego z działaczy: „Przy klubie powołano np. wiele komisji, w których zasiadają kibice. Nie zdecydują, jaki skład wypuścić na murawę, ale w wielu sprawach mają decydujący głos. Nigdzie nie ma czegoś takiego”. Kibice okazali się dobrze przygotowani do tej samodzielności, bo aktywnie w 2013 r. wystąpili na Majdanie przeciw prorosyjskiemu prezydentowi Janukowyczowi. Potem w wojnie o Donbas w 2014 r. ultrasi Metalista chętnie wstępowali do słynnego pułku Azow… Kształtowanie tej postawy było z pewnością procesem, który rozpoczął się dużo wcześniej niż stworzenie Metalista 1925 Charków…

Być może zatem obaj z Tomkiem mieliśmy rację, iż ultrasi Metalista już 2010 jako swe logo i zawołanie wybrali hasło, w którym było tyle samo rzeczywistości sportowej, co tej politycznej… 

„Polski ruch olimpijski 1919-1939” – lektura obowiązkowa!

Treści olimpijskie, które regularnie pojawiają się w esejach publikowanych na łamach Lubelskiego Centrum Dokumentacji Historii Sportu, ze względu na regionalny charakter tego repozytorium, najczęściej mają wymiar lokalny. Jeśli z tego powodu Czytelnicy odczuwają niekiedy brak szerszej perspektywy i takiegoż spojrzenia na olimpizm oraz jego dzieje, nie pozostaje mi nic innego jak zaproponować lekturę pasjonującej książki Profesora Michała Słoniewskiego. Prezentując tę monumentalną w każdym wymiarze pracę, gwoli stworzenia pewnego suspensu, ograniczę się jedynie do informacji z okładki „Polskiego ruchu olimpijskiego 1919-1939”:

Michał Słoniewski, autor m.in. fundamentalnej monografii przybliżającej przyczyny i okoliczności największego kryzysu ruchu olimpijskiego w drugiej połowie XX w. pt. „Bojkot igrzysk olimpijskich, jako instrument polityki międzynarodowej w latach 1976–1988” (2016), poświęca najnowszą swoją książkę dziejom polskiego ruchu olimpijskiego w okresie Drugiej Rzeczypospolitej.

Jest to wyjątkowa monografia, jakiej historycy sportu nie stworzyli od lat. Nie stanowi „opisu dziejów sportu”, do jakich nas do tej pory przyzwyczajono najczęściej z okazji pamiątkowych wydawnictw o wkładzie polskiego sportu w rozwój ruchu olimpijskiego. Jest to historia emancypacji sportu, jako pełnoprawnej dziedziny życia społecznego, pasjonującą opowieścią o walce sportowych działaczy o uznanie społecznej roli sportu na ziemiach polskich przełomu XIX i XX i pierwszym 20-leciu XX w. Autor znakomicie radzi sobie z opisem narodzin nowożytnego ruchu sportowego na ziemiach polskich oraz kampanii władz sanacyjnych o zdobycie kontroli społecznej nad ruchem sportowym, jak również oporem tego środowiska przeciwko dominacji państwa w sterowaniu sportem wyczynowym. Wielką wartością pracy są zamieszczone, zapomniane dzisiaj, dziesiątki biografii działaczy polskiego sportu. Byli to wolontariusze, osoby wywodzące się ze środowisk arystokracji, przemysłowców, finansjery, medycyny, prawa, znani politycy i w dużej części zawodowi oficerowie wojska polskiego. Zadziwiające i często tragiczne były ich losy po wybuchu wojny w 1939 r.

Książka w twardej oprawie liczy 440 stron i zawiera aż 160 unikatowych fotografii z Narodowego Archiwum Cyfrowego i Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. Jej recenzentami są znakomici historycy sportu, Prof. Ryszard Wryk i Dr Jerzy Chełmecki.

PRO_okladka-str

Ponieważ książka nie jest dostępna w powszechnej dystrybucji wyjątkowo podaję informację na temat możliwości jej zakupu. Cena jednego egzemplarza wynosi 110 PLN brutto plus koszt wysyłki. W przypadku zainteresowania zakupem prosimy o kontakt z   msloniewski@obp.com.pl

100 – lecie AZS Lublin i … antyczne agony

Poza dyskusją pozostaje fakt, że z wielu ważnych powodów jubileusze bezwzględnie czcić należy! Współcześnie słowo jubileusz jest zarezerwowane dla tzw. okrągłych rocznic, będących przynajmniej wielokrotnościami 5-lecia czegoś lub kogoś. Kontekst wywołanych jubileuszami uroczystości bywa różny i jeśli mają one charakter religijny, to w jakiś sposób wiąże się to z etymologią słowa „jubileusz” sięgającą do języka hebrajskiego i genezą, która nawiązuje do żydowskich rytuałów – cyklicznego obchodzenia roku szabasowego (po  siedmiu siedmioletnich cyklach następował 50 rok święty, właśnie jubileuszowy, wymagający od wiernych szczególnych postaw i rygorów).

Religijne czczenie jubileuszów generalnie ma, zatem swoje silne umocowanie w starożytności (także w Grecji i Rzymie!), a w przypadku rocznicy powstania Akademickiego Związku Sportowego (świętowanego na ogół z zachowaniem federacyjnego charakteru stowarzyszenia, czyli autonomicznie i w zgodzie z lokalną tradycją), łatwo znaleźć dodatkowy asumpt do takiego wymiaru świętowania, bo przecież temu sportowemu stowarzyszeniu w okresie dwudziestolecia międzywojennego znacznie bliżej było ideowo do prawicy niż do zwykle świeckiej lewicy.

Absolutnie nie dziwi, zatem, że 100-lecie powstania Akademickiego Związku Sportowego w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim uczczono, a raczej uświęcono Mszą Świętą celebrowaną przez Jego Ekscelencję ks. dr hab. Stanisława Budzika Arcybiskupa Metropolitę Lubelskiego. Działo się to 22 stycznia 2022 roku o godzinie 11:00 w Kościele Akademickim Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II przy ul. Idziego Radziszewskiego 7 w Lublinie, co może okazać się istotne dla celebrowania kolejnych azetesowych jubileuszów. Nie ma w tym krzty ironii, bo przecież AZS jest jedną z najstarszych w Polsce (starszą niż Niepodległa!) polską organizacją sportową, a jest wielce prawdopodobne, że prym starszeństwa i ciągłości istnienia należy się AZS-owi również w dziejach lokalnego sportu, gdyż cywilna (nie zaś, jako WKS) „Lublinianka” powstała najpewniej dopiero w 1923 roku, a więc później niż sport akademicki.

Ta bogata tradycja i zadziwiająca ciągłość oraz stabilność działania mogą być przecież  gwarantem, że sport akademicki w Lublinie przetrwa nawet studencką fascynację… e-sportem. 

Wyrazem troski o los lubelskiego sportu akademickiego była nobilitująca dla uroczystości obecność Ministra Edukacji i Nauki Profesora Przemysława Czarnka oraz Prezesa Zarządu Głównego AZS Kol. Profesora Alojzego Nowaka. À propos innych gości, to zakładać należy, że pięknie się prezentujące liczne poczty sztandarowe klubów AZS współtworzących środowisko lubelskie wystąpiły chyba w roli zamiennika czy symbolu władz miejscowych uczelni… 

Nic to jednak wobec homilii Jego Ekscelencji Stanisława Budzika Arcybiskupa Metropolity Lubelskiego.  Ufam, że została ona utrwalona i znajdzie się niejedna sposobność, aby mogli ją wysłuchać wszyscy nieobecni (np. samorządowcy i -niestety poniewczasie- sami studenci). Niegodnym dokonywać egzegezy arcybiskupiej egzorty, ale do tej chwili jestem pod ogromnym wrażeniem i wyjść z podziwu nie mogę dla wielkiej umiejętności łączenia w niej treści historycznych z teologicznymi.

Wspomnienie wydarzeń z 22 stycznia 1922 r., kiedy to w postaci lubelskiego AZS zmaterializowały się inicjatywa Tadeusza Jaworowskiego i wsparcie Jego Magnificencji Rektora Uniwersytetu Lubelskiego ks. Idziego Radziszewskiego, okazało się jedynie wstępem do arcyciekawej refleksji nad naturą greckiej agonistyki i antycznego chrześcijaństwa. Fenomen tego aliansu, przy często eksponowanej u pierwszych chrześcijan pewnej wstrzemięźliwości wobec ciała i cielesności oraz wyraźnie już podkreślanej antypatii wyznawców Chrystusa dla pogańskiego (przez nagość atletów również nieobyczajnego) charakteru helleńskich igrzysk wymaga zwykle pewnych wyjaśnień.  

Najkrócej rzec można, że fascynacja igrzyskami, atencja wobec rywalizacji i współzawodnictwa były dla Hellenów, przynajmniej  w greckiej części Imperium Romanum, tak długotrwałe i mocne, że miast  z nimi walczyć roztropnie włączono je do nauczania Ojców  Kościoła. Dostrzegano, bowiem w agonistyce (czyt. ówczesnym sporcie) wiele wartości ważnych poza nią samą, bo przecież i atlecie, i zwykłemu śmiertelnikowi potrzebne były dyscyplina w dążeniu do celu, wytrwałość, lojalność, odwaga, konsekwencja w działaniu, uczciwość, szacunek wobec innych, etc. Ta bliskość bynajmniej nie kończy się na wymienionych wyżej postawach i wartościach, bo traktować je można, jako podglebie do wykreowania jakże pięknej metafory – życie jest agonem, życie jest sportem, życie to zawody, życie to bieg… Łatwej było o takie skojarzenia, gdyż Kościół antyczny bodaj dużo wcześniej zaakceptował pogańskiej proweniencji metaforę, wedle, której życie było teatrem. Zdaje się jednak, że w antycznym sporcie upatrywano znacznie więcej możliwości opisywania i wyjaśniania prawd, zasad i reguł nowej religii, a poza tym stadiony znajdowały wówczas więcej amatorów niż teatry (te zresztą częściej niż się to dzisiaj wydaje promowały wyuzdanie i nieobyczajność). Jakże czytelne i jasne było przesłanie, że w biegu życia należy zasłużyć na wieniec zwycięzcy, jakże przekonujące z trudnego, eschatologicznego punktu widzenia było porównanie śmierci do przerwanego biegu…

O tym wszystkim niezwykle sugestywnie, acz w siłą rzeczy ograniczonym zakresie mówił  arcybiskup Budzik. Tak oto udało się ze sobą połączyć jubileusz 100 – lecie AZS Lublin i antyczne agony. Wszelkie wspomniane wyżej okoliczności przekonują, że w tym aliansie nie ma nic dziwnego…

Jeśli ktokolwiek chciałby poszerzyć swą wiedzę w obu historycznych wymiarach homilii arcybiskupa Budzika polecam dwie prace: Stanisław Dobosz, 80 lat AZS Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. 22.01.1922 – 22.01.2002, Lublin 2002;  Tadeusz Gacia, Metaforyka agonistyczna w literaturze łacińskiej chrześcijańskiego antyku, Kielce 2002.

Fotografie wykonał Krzysztof Basiński

Olimpijskie wspomnienia albo stopniowanie szczęścia, czyli o potrzebie umiaru…

Choć jestem głęboko przekonany, że – uderzając pewnie w nieco patetyczne tony – polscy olimpijczycy są dobrem narodowym, a ten symboliczny sens wzmacnia poczucie dumy w wymiarze ogólnopolskim, to nijak odmawiać mi dobrej woli, intencji i wszelakich pożytków płynących z myślenia o olimpionikach w kategoriach bohaterów małych ojczyzn (jakkolwiek je definiować). Zdaje się, że zwłaszcza na poziomie olimpijskim wspomniane porządki dzielenia się „olimpijskim szczęściem” bynajmniej się nie wykluczają, a łatwo dowodzić, że wzajem się uzupełniają, a raczej oddziaływują na siebie na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Ordynek ten dotyczy nie tylko radości wyzwalanej w czasie rzeczywistym, (kiedy akt sportowy dzieje się na naszych oczach), ale i swego rodzaju „olimpijskiej polityki historycznej”. Ta druga znakomicie odzwierciedla delektowanie się wspomnieniami, ale też stopniowanie płynącego z tego faktu szczęścia od poziomu całego narodu do szczebla gmin i powiatów. Smakowanie dobrej pamięci objawia się np. istnym wysypem wszelkiej natury publikacji, które za oczywisty cel stawiają sobie czczenie i uhonorowanie olimpijczyków oraz pielęgnowanie ich, jako modeli i godnych naśladowania wzorców możliwych do realizowania także poza sportem. Wspaniałym tego przykładem jest choćby praca Małgorzaty i Michała Bronikowskich, Zjednoczeni w marzeniach. 14 historii na medal, Warszawa 2020 (wydana w ramach Programu edukacji olimpijskiej Polskiego Komitetu Olimpijskiego, a dostępna online: https://olimpijski.pl/wp-content/uploads/2020/10/Zjednoczeni_w_marzeniach_14_historii_na_medal_online.pdf). Celem opublikowania przeprowadzonych z wybitnymi czternastoma polskimi olimpijczykami wywiadów jest takie opowiedzenie „historii na medal”, iżby każdy czytelnik, zwłaszcza młody, odnalazł w nich samego siebie, bo, – z czym się całkowicie zgadzam – potencjalnie każdy „nosi w plecaku” olimpijskie medale.

Zjednoczeni_w_marzeniach_14_historii_na_medal_online-aaaaaaaaaaaaa

Dość charakterystyczne, że w tych opowieściach lokalność spolegliwie łączy się z tym, co ogólnoludzkie i uniwersalne, acz odnieść można wrażenie, że sfera humanistycznych wartości obecnych w tych relacjach dość wyraźnie ponad regionalnością dominuje. Skoro „I Ty możesz zostać olimpijczykiem!”, to nie mogą Ci w tym przeszkodzić żadnej przyziemnej natury kłopoty i bariery, „Wszystko tkwi w samym Tobie!”, „Sięgasz do gwiazd!”. Dość powiedzieć, że silnie związane z lokalnością słowo „klub” na 114 stronach książki pojawia się tylko 14 razy…  Wydaje się, że trend ten w jakiś sposób wynika z postrzegania olimpijczyków właśnie w kategoriach wspólnego dobra narodowego. Taką „olimpijską politykę historyczną” zauważyć można w poniekąd firmowych/oficjalnych publikacjach sygnowanych przez Polski Komitet Olimpijski. Mam tu myśli np. mieszczący się w pięknej tradycji upamiętniania IO album Igrzyska XXXII Olimpiady Tokyo 2020, Warszawa 2021 (tekst T. Piechal, H. Urbaś). To w zasadzie najpiękniejsza, jaką można sobie wyobrazić, kronika udziału Polaków w tych największych na świecie agonach. Od 23 lipca (od uroczystej inauguracji określonej, jako dzień „00” po „16” dzień zamknięcia) czytelnik śledzić może dzień po dniu w zasadzie wszystkie zmagania rodaków na wielu arenach olimpijskiej rywalizacji. Ani w tym diariuszu, ani też w części czysto statystycznej nie sposób jednak odnaleźć informacje o klubowej afiliacji zawodników. Jeśli zatem lokalny sportowy patriota szukał będzie w tej publikacji klasycznych „lublinianów”, to na takie lokalne, nie tylko zresztą lubelskie tropy w albumie tym raczej nie natrafi…

Próżno ich poszukiwać również w Magazynie Olimpijskim. Piśmie Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Echa tokijskiej olimpiady obecne w dwu zeszytach tego zacnego i prestiżowego miesięcznika (wszystkie numery dostępne na: https://olimpijski.pl/pkol/o-nas/wydawnictwa-pkol/ )  ( okładka zeszytu 3/2021) także pozbawione zostały „sportowych regionalizmów”

Magazyn_Olimpijski_03_2021a

Zupełnie inaczej rzecz wygląda, opierając rzecz na kazusach mieszkańcom Lubelszczyzny najbliższych, z perspektywy innej niż PKOl. Łatwo przypomnieć sobie dumę wyzierającą z niemal wszystkich mediów regionalnych, które ze szczególną atencją informowały o lubelskich reprezentantach, o ich startach, a z wyjątkową rewerencją donosiły o zdobywanych przez nich medalach. Radość tę pielęgnowały (i ciągle to czynią) inne niż codzienne lokalne media. Proporcje między wizją olimpijczyków, jako reprezentantów Polski, wybrańców narodu, a obrazem niemal lokalnych herosów zostały w nich zupełnie odwrócone. Pierwej to „lokalsi”, „nasi”, czasem niemal wyłącznie „nasi”. Mam przed oczyma pożyteczny dla integrowania lubelskich amatorów dziejów sportu miesięcznik „Arena”, pismo Miejskiego Ośrodka Sportu i rekreacji „Bystrzyca” w Lublinie. W numerze 3 z września 2021 r., nieobecna w publikacjach PKOl klubowa afiliacja olimpijczyków wydaje się dla ich identyfikacji niemal kluczowa ( https://mosir.lublin.pl/wp-content/uploads/2021/10/arena_3_e_wydanie-min1.pdf).

arena_3_e_wydanie-min1ans

Identycznie rzecz wygląda w „Wiadomościach Uniwersyteckich”, piśmie pracowników UMCS.  W zeszycie z września 2021 roku (patrz: https://phavi.umcs.pl/at/attachments/2021/0930/105301-wu-279-net.pdf  „swojskość” olimpijek z AZS UMCS wydaje się, przez skalę jej wyeksponowania, zupełnie oczywista…

105301-wu-279-net-azzz

To odwrócenie proporcji tłumaczyć można/należy w sporej części charakterem lokalnych mediów i oczekiwaniami ich „konsumentów”. Wywołuje ono jednak pewien asmak szczególnie wówczas, kiedy niemal jedynym kryterium owej swojskości pozostaje afiliacja klubowa. Ta ma to do siebie, że przypomina nieco łaskę, co na pstrym koniu jeździ… Bywa zmienna i efemeryczna, czasem dyskusyjna (urodzony w Lublinie wychowanek lokalnego klubu, sięgający po trofea olimpijskie jest chyba – choć to czysto akademicka dyskusja- bardziej „lubelski” niż zawodnik związany z miastem nie tyle naturalnym sentymentem, a jedynie efemeryczną umową). Kudy jej (klubowej afiliacji) do stabilnej i nie wymagającej jakiegoś specjalnego tłumaczenia i wyjaśniania narodowości!

Teoretycznie każdy ma zatem swoje racje… Szczęśliwie, wydobyty z mediów i publikacji „spór” w praktyce nie istnieje. Tytułowe „stopniowanie szczęścia” od wspólnoty narodowej po lokalną pokazuje jedynie różne oblicza olimpizmu. Jedno bez drugiego jest po prostu ułomne i niepełne…