Dr Wiesław Doliński. Pozostawił po sobie więcej niż tylko wspomnienia…

Fotografia legitymacyjna na stronie otwierającej Kronikę SWiS z roku akad. 1974/1975. W. Doliński pełnił wtedy funkcję zastępcy dyrektora do spraw dydaktycznych

Nie ma go już wśród żyjących. Smutno i trudno wspominać Kolegę i Przyjaciela, z którym tak wiele lat miałem kontakt nie tylko przyjacielski, ale także zawodowy. O ile życie jest zwykle brutalne, o tyle Wiesiek był zupełnie inny. Z jego charakterem, wrażliwą empatią   był jakby z innego świata. Otaczające go realia sportowe były jednak takie, a nie inne. Wiesław zupełnie do nich nie pasował. Po ukończeniu studiów i specjalizacji w Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego w w Krakowie, Wiesiek, w połowie 1958 roku, powrócił w rodzinne strony do Lublina. Posiadał uprawnienia nie tylko nauczycielskie, ale także trenera lekkoatletyki. Miał już syna i rodzinę w Lubartowie. Nie miał początkowo mieszkania w Lublinie, gdzie podjął pracę nauczycielską w Szkole Podstawowej numer 21. Pracował także w SP 18. Przyznam, że mielismy nadzieję, iż będzie to pierwszy z pełnymi uprawnieniami, trener w dawnych „Budowlanych”, gdzie byłem zawodnikiem, instruktorem l.a. i działaczem w jedenej osobie. Prezesem Klubu był inż. Stanisław Kukuryka: twórca,  prezes i realizator powstającej właśnie Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.  Wiesiek – jak to On –  w krótkim czasie zaskarbił sobie sympatię środowiska. Jednak jego krakowskie związki ze sportem akademickim okazały się silniejsze. Został trenerem AZS Lublin, w którym sekcja lekkiej atletyki składała się wtedy /1958 r./ z jednego zawodnika i to kończącego właśnie studia na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Odbudowę sekcji lekkoatletycznej lubelskiego AZS Wiesiek zaczął od podstaw. Pracę zaczął nie od studentów, ale od młodzieży szkolnej. Słusznie przewidywał, że większość z tych młodych ludzi wkrótce przecież stanie się studentami lubelskich uczelni. Tak budowany zespół w latach 70-tych XX wieku awansował do II ligi lekkoatletycznej. Pierwszym pupilem Wieśka był Marek Chmielewski, wierny Klubowi do końca swojej pracy w warsztacie szkoleniowym. Kolejnym był Władysław Domaszewicz. Obydwaj byli wówczas studentami geografii w Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. Wyszkolił ich na poziom medalistów mistrzostw i reprezentantów Polski w różnych kategoriach wiekowych. Trzecim, najlepszym, był Andrzej Sontag, którego wprowadził do światowej czołówki trójskoku. Ale to odrębny temat, o którym kilka słów na zakończenie. Od początku Wiesiek włączył się aktywnie w nurt pracy zarządu Lubelskiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki. Razem stworzyliśmy tam zespół szkoleniowy, rzec można, szczebla wojewódzkiego. To poziom, którego wcześniej nie było. Pierwsze, pionierskie zgrupowanie wojewódzkie odbyło się w Tomaszowie Lubelskim /w 1961 czy 62 roku ?/. Następne odbywały się w kolejnych latach /chronologii i ilości tych wyjazdów już nie pamiętam/ w Kraśniku Fabrycznym, Dęblinie, Puławach i zimowe w Zakopanem na Bystrem i Krzeptówkach. Wspólnie kierowaliśmy tymi zgrupowaniami. 

Warto pamiętać, że Wiesiek był współorganizatorem jubileuszy 50 i 70-lecia LOZLA. W klubie stworzył wokół siebie bardzo skutecznie działający i sympatycznie współpracujący zespół szkoleniowy złożony z wykształconych trenerów amatorów i instruktorów. W krótkim czasie doszli do tego zespołu szkoleniowego już nasi wychowankowie. Nam nie trzeba było skupować zawodników z całej Polski, udających lubliniaków lub pozorujących studentów lubelskich uczelni. W prymitywnych warunkach potrafiliśmy sami od początku wyszkolić reprezentantów, medalistów, rekordzistów kraju i Europy, olimpijczyków wreszcie! W dzielnicy LSM powstawała właśnie SP 29, a prezes Kukuryka wykorzystał wizje, pomysły i wiedzę Wieśka. Placówkę tę – wbrew przepisom – postawiono z największą do  dziś salą sportową i urządzeniami, a obok pojawił się także stadionik lekkoatletyczny, który już dawno zniknął ze sportowej mapy Lublina. Te dwa obiekty przez pewien czas były bazą treningową lekkoatletów AZS Lublin. Wiesiek podjął pracę w tej szkole, która dzięki Niemu zyskała infrastrukturę sportową znacznie przekraczającą ówczesne standardy. Szybko dostał w LSM mieszkanie spółdzielcze znajdujące się w pobliżu szkoły. Pomijając szczegóły,  wtedy  również liczyły się zwykłe układy koleżeńskie Takie były czasy. Po SP 29 następnym i ostatnim „podstawowym” etapem pracy Wieśka było Studium Wychowania Fizycznego i Sportu UMCS. Dzięki Niemu Akademicki Ośrodek Sportowy został powiększony poprzez dobudowanie hali sportowej z nawierzchnią tartanową  przystosowaną do lekkoatletyki. Właśnie tam  wychowało się kilka pokoleń sportowców z tej dyscypliny sportowej z tej dyscypliny sportowej z olimpijczykami włącznie.

Mistrz i uczeń na treningu na stadionie „Startu”. W kronice fotografia znajduje się obok artykułu z „Kuriera Lubelskiego” (14.06.1976), który informuje o powrocie do startów A. Sontaga po długotrwałej kontuzji.
Wycinek z krakowskiego „Tempa” z 27 stycznia 1975 r. informujący o plebiscytowym sukcesie Andrzeja Sontaga, wychowanka W. Dolińskiego

Wśród nich był przyszły olimpijczyk, Andrzej Sontag, „hodowany” przez Dolińskiego chyba od 13-14 roku życia do końca kariery sportowej obydwu panów. Smutny był ten koniec. Szczegółów nie znam. W pewnym momencie Andrzej doszedł do wniosku, że lepiej mu się opłaci talon na „malucha” ze „Startu” Lublin niż dalsza współpraca z trenerem, który uczynił go gwiazdą trójskoku. Nie tylko polskiego trójskoku! Odszedł z AZS-u i od swego trenera. Przez rok skakał coraz gorzej i wkrótce tak zakończył. Wrażliwa osobowość trenera tego ciosu psychicznie nie wytrzymała. Przeczytałem na tych stronach redakcyjny tekst o tym zawodniku. Czyżby Redakcja miała na myśli sugestię, że Sontag wytrenował się sam? Wiesiek  porzucił  warsztat szkoleniowy i działalność w LOZLA. Pozostał w AZS, zajmując się organizacją całości szkolenia klubowego i pracą w Studium. Podjął również pracę naukową, w ramach której pojawiło się kilka publikacji zakończonych doktoratem na AWF w Krakowie. Wiesiek przeszedł na emeryturę i na pewien czas wyjechał do Grecji, gdzie pomagał dawnemu współpracownikowi ze Studium i koledze – Jurkowi Welczowi w szkoleniu miejscowych siatkarek. Tak skończył swoją trenerską pracę. Po powrocie Wiesiek ani w sporcie, ani w innych formach kultury fizycznej już się nie udzielał.

Program konferencji naukowej zorganizowanej w Lublinie z okazji 25-lecia Studium Wychowania Fizycznego i Sportu Szkół Wyższych (1951-1976) w listopadzie 1976 r.
W. Doliński (w tle) w trakcie otwarcia Międzynarodowego Turnieju Koszykarskiego o Puchar JM Rektora UMCS w październiku 1977 r.

Pozostał w naszej pamięci jako osoba ceniona w każdym środowisku towarzyskim. Uśmiechnięty, przyjazny, towarzyski, dowcipny, pełen pomysłów na kolejne robienie humorystycznych kawałów. Wszystkim i wszędzie!

Lublin, luty 2021 r.                Andrzej Krychowski

W. Doliński (I-y z prawej) na uroczystym pożegnaniu odchodzącego na emeryturę Andrzeja Prędkiewicza (I-y z lewej) w 2000 roku
W. Doliński na gali AZS wieńczącej dokonania najlepszych trenerów roku 1984
W. Doliński (w tle) w trakcie otwarcia Międzynarodowego Turnieju Koszykarskiego o Puchar JM Rektora UMCS w październiku 1977 r.

Już na emeryturze W. Doliński był częstym gościem AOS-u

Muzealny feedback i lubelski epizod koszykarskiej kariery Michała Grabowskiego.

Zapomnieliśmy jednak przy tym, że historia nowoczesnego sportu ma
w tym względzie swoją specyfikę – w rzeczywistości (zwłaszcza polskiej), jako zjawisko powszechne sięga on wstecz ledwie dwa lub trzy pokolenia. Skalę i siłę owego feedback’u mogliśmy zresztą przewidzieć, decydując się na w jakiś sposób mocno spersonifikowany sposób opowiadania historii AZS. Oto przez prawie trzy lata skrzętnie gromadziliśmy biogramy azetesiaków (także lubelskich), aby z wielkim trudem stworzyć niepowtarzalne repozytorium – liczący grubo ponad trzy tysiące „zbiór indywidualnych przypadków zauroczenia akademickim sportem” (tak prywatnie nazywam ten unikatowy, a warty ciągłego rozbudowywania magazyn, choć na stronie http://muzeum.azs.pl nosi on miano „Ludzie AZS”). Zgodnie ze strukturą Związku, publikując wspomniane biogramy, dzieliliśmy je w taki sposób, aby zniwelować wrażenie, że AZS stanowi monumentalną organizację, wielką „centralę”, na poziomie prowincji pozbawioną jakiejkolwiek autonomii i tożsamości.

Tak oto powstał zbiór nazwany „Ludzie AZS Gdańsk”, prawdziwy sprawca kolejnego eseju o dziejach…. lubelskiego sportu (w cyklu „mini historie”). Wszystko zaczęło się od pozornie zwykłej rozmowy telefonicznej
i stanowiącego jej efekt nieco tajemniczego e-maila podpisanego: Michael von Grabowski (z dn. 05 stycznia 2021 r.). Jego treść (jedna z uwag e-maila pozwala mi na jego publikację) brzmiała: „… przesyłam Panu mój  skorygowany i uzupełniony życiorys zawodowy i sportowy. Jednocześnie chciałbym poinformować, że w dniu dzisiejszym wysłałem Panu Profesorowi  (drogą pocztową na adres  ZG AZS w Warszawie), pokaźny plik kopii różnych dokumentów i zdjęć dotyczących mojej kariery sportowej (w AZS Gdańsk, GKS Wybrzeże Gdańsk i w Starcie Lublin) do dowolnego wykorzystania”.

Te kilka zdań wymaga jakiegoś komentarza – w biogramie autora e-maila znalazły się usterki i nieścisłości, które „poszkodowany” osobiście naprawił i uzupełnił (z pokorą, niemal natychmiast umieszczono go na: http://www.muzeum.azs.pl/blog.xhtml?wpis=ludzie-azs-gdask3). Z mojej perspektywy ten list jest jednak najwspanialszym rodzajem tytułowego feedback’u – ktoś istotnie korzysta z wirtualnego muzeum AZS, czyta zawarte tam teksty i czyni to z dużą wnikliwością (uznaję zresztą tego rodzaju za wyjątkowe cechy pewnego pokolenia azetesiaków!).  Moja radość była tym większa, że w biografii Michała Grabowskiego (patrz poniżej umieszczony biogram!) znalazł się epizod lubelski. Entuzjazm historyka sportu okazał się wręcz monstrualny w momencie, kiedy były koszykarz „Startu” Lublin zdecydował się o tym opowiedzieć samodzielnie. Trudno bowiem policzyć moje apele kierowane do „ludzi lubelskiego sportu”, aby swoje sportowe biografie przelewali na papier i gwoli lepszego  poznania  lokalnego sportu tworzyli niepowtarzalny i niezwykle wartościowy zasób świadectw historycznych. Efekty są raczej miałkie, a tu – patrzcie! – ledwie poznany człowiek „z końca świata” pragnie podzielić się swoją opowieścią. Rzecz godna podziwu!

Nie tylko jednak ten rodzaj dobrze pojmowanej asertywności M. Grabowskiego zasługuje na szacunek i podkreślenie. Gwoli wyjaśnienia zachęcam zrazu do lektury wspomnianego, autorskiego biogramu Pana doktora n. med. Michała Grabowskiego, człowieka wyjątkowego i zasługującego na najwyższy szacunek nie tylko z powodu jego sportowych sukcesów (w zakresie formy autor dostosował go do charakteru innych muzealnych biogramów i napisał go w trzeciej osobie).

Łatwiej, a z pewnością inaczej odczytać będzie można zaprezentowane
w następnej kolejności lubelskie wspomnienia Michała Grabowskiego.    

„Dr nauk  med.  Michał  Tadeusz  Wacław  Grabowski. Urodzony 10.03.1943 r. w Węgrowie w rodzinie lekarskiej jest potomkiem starej rodziny pomorskiej. Dzieciństwo i lata szkolne spędził w Gdańsku-Wrzeszczu. Świadectwo maturalne uzyskał w 1960 r. w II L.O. we Wrzeszczu. Studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Gdańsku odbył
w latach 1960-1967. W okresie 1970-1982 był zatrudniony na etacie naukowym w Klinice Ortopedii Akademii Medycznej w Gdańsku, gdzie specjalizował się w  zakresie ortopedii i chirurgii urazowej oraz medycyny sportowej.

Kiedy w końcu 2019 r. kierowany przeze mnie ministerialny projekt Akademicki Związek Sportowy w sporcie polskim w latach 1908-2015. Archiwizacja wyselekcjonowanych zasobów – udostępnienie i ekspozycja
w internetowym muzeum „Dzieje AZS”, wchodził w ostatnią fazę realizacji, moja (i moich współpracowników) świadomość pojawienia się jakiegoś echa, reakcji, informacji zwrotnych (młodzi nazywają to zjawisko jednym słowem: ‚feedback‚), wywołanych upublicznieniem efektów naszej pracy, była relatywnie niewielka. Przytłoczeni masą czasochłonnych zajęć
i obowiązków wychodziliśmy raczej z założenia, że zajmowanie się historią ma to do siebie, iż bohaterowie rozmaitych narracji o przeszłości in gremio
i bezpowrotnie już w tej właśnie przestrzeni się znaleźli i … nie mają racji.

Pracę doktorską na temat „Doświadczalne badania zmian strukturalnych
i mechanicznych kości długich po zespoleniu płytkami metalowymi” obronił w 1978 r.
W latach 1974 i 1976 odbył kilkumiesięczne szkolenia w Charing-Cross-Hospital w Londynie, pod kierunkiem czołowego angielskiego ortopedy prof. A. Catteralla. W latach 1980-1982 był stypendystą Fundacji A. von Humboldta w RFN.

Po ukończeniu tego stypendium, w styczniu 1982 r., ze względu na stan wojenny w Polsce, pozostał w Niemczech, gdzie w latach 1982-1988 był pracownikiem naukowym w Klinice Ortopedii Uniwersytetu Landu Saary
w Homburgu, kierowanej przez światowej sławy profesora Heinza Mittelmeiera. Następnie pełnił obowiązki ordynatora (leitender Oberarzt) Klinik Ortopedycznych niemieckiego Caritasu w Illingen/Saar (1988-1996)
i Bad Bergzabern/Pfalz (1996-2008). W Niemczech zdał dodatkowo egzaminy specjalistyczne z ortopedii, medycyny sportowej, rehabilitacji, reumatologii
i medycyny manualnej. Przez 13 lat mieszkał prywatnie we Francji (Alzacja). Emerytowany 1 kwietnia 2008.

Był członkiem reprezentacji Polski juniorów i kadry młodzieżowej oraz Akademickiej Kadry Polski w koszykówce. Grał w zespołach ligowych Spójni Gdańsk, AZS Gdańsk, Startu Lublin i GKS „Wybrzeże” Gdańsk. Był najlepszym strzelcem wielu turniejów koszykówki. Jako zawodnik uczestniczył w dwóch Uniwersjadach (Sofia-1961 i Budapeszt-1965). W latach 1969-1972 zdobył, wraz z zespołem GKS „Wybrzeże”, tytuły wicemistrza
i mistrza Polski. Do czasu wyjazdu do Niemiec w 1980 r. był przez dwie kadencje prezesem Towarzystwa Medycyny Sportowej w Gdańsku. 

Od początku swojego pobytu w RFN starał się intensywnie o rozwijanie zawodowo-naukowej współpracy polsko-niemieckiej w zakresie ortopedii
i traumatologii oraz publikował w Polsce  artykuły dotyczące m.in.  nowych technik operacyjnych. Pomógł w zorganizowaniu szkolenia prawie 70 polskich lekarzy w Niemczech i Szwajcarii oraz propagował polską i kaszubską kulturę ludową w Niemczech i we Francji, zapraszając tam kilkakrotnie (częściowo na koszt własny) zespoły pieśni i tańca z województwa pomorskiego.  

Jest autorem ponad 100 publikacji naukowych i kilku książek z zakresu ortopedii, traumatologii, rehabilitacji, etyki lekarskiej i historii medycyny
w czterech językach. Jest członkiem kilkunastu polskich, niemieckich
i francuskich towarzystw naukowych i kulturalnych, w tym Instytutu Kaszubskiego w Gdańsku oraz Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Jest Członkiem Korespondentem Zagranicznym i Członkiem Honorowym Polskiego Towarzystwa Ortopedycznego i Traumatologicznego  oraz Członkiem Honorowym Niemiecko-Polskiego Koła Przyjaciół Ortopedii
i Traumatologii, które współtworzył w 1995 roku.

Mieszka w Niemczech, ale utrzymuje bliskie, prywatne i zawodowo-naukowe  kontakty z Polską i Gdańskiem. Otrzymał m.in. Medal Akademii Medycznej
w Gdańsku  (1996), Medal Wojewody Gdańskiego (2000), Medal ks. Mściwoja II Rady Miejskiej w Gdańsku (2004), Złoty Krzyż Zasługi Republiki Polskiej (2008), Medal Prezydenta Miasta Gdańska (2020) i in. Posiada liczne odznaczenia sportowe (m.in. złotą i srebrną odznakę AZS) i dwóch wnuków”.

Choć zaznaczony w biogramie lubelski akcent okazuje się w istocie drobiną w niezwykle bogatej biografii Michała Grabowskiego, to jednak czas spędzony w Lublinie okazał się dla autora na tyle istotny, że zaowocował ciekawą retrospekcją. Dotarła ona do mnie
z następującą uwagą (e-mail z 30 stycznia br.): „…jak Pan pisze,  mój pobyt w Lublinie był tylko krótkim epizodem. Tym niemniej w mojej pamięci pozostało  kilka  wspomnień z tego okresu, może będą przydatne”. Do kwestii „użyteczności” tych wspomnień pozwolę sobie krótko nawiązać na końcu, kiedy po lekturze „lubelskich przewag Michała Grabowskiego” amatorzy dziejów lokalnej koszykówki, będą mogli na gorąco weryfikować moje skromne komentarze. 

            „Po przerwach spowodowanych problemami zdrowotnymi, powoli wracałem do  formy.  W  1966 r. grałem nadal jeszcze w zespole AZS Gdańsk (wtedy II liga).  W listopadzie 1966 r. brałem udział w XIV akademickich mistrzostwach Polski toczonych w Lublinie. Zawody odbywały  się w starej hali sportowej „Koziołek” przy ul. Lubartowskiej. W pierwszym meczu mój AZS Gdańsk przegrał 94-78 (41:39) z I-ligowym AZS Toruń, mimo że zdobyłem 32 punkty. W meczu z I-ligowym AZS Poznań wygraliśmy 79:53 (26:35), a  ja zdobyłem 28 punktów. O ile pamiętam, zostaliśmy wtedy akademickim wicemistrzem Polski.

W 1967 r. mój gdański AZS opuściło kilku dobrych zawodników. Nie mieliśmy szans na awans do I ligi. Postanowiłem poszukać innego zespołu. Wiosną 1967 r., w wieku 24 lat (z rocznym opóźnieniem spowodowanym zdrowotnym  urlopem dziekańskim) ukończyłem studia medyczne, schowałem mój  dyplom lekarski  do szuflady i postanowiłem  „wyrwać się w świat”, aby nauczyć się nieco samodzielności i wreszcie zająć się wyłącznie sportem. Po otrzymaniu propozycji grania w zespole ”Śląska” Wrocław i „Startu” Lublin zdecydowałem się na ten drugi klub (w sezonie 1965/66 zdobył „Start” VI miejsce w I lidze).

W Lublinie przywitano mnie bardzo miło. Zaraz na początku, w 1967 r., zespół „Startu” Lublin z moim udziałem zajął  II miejsce w IV. Ogólnopolskiej Spartakiadzie, pozostawiając w pobitym polu kilka zespołów ligowych. Poza mną, do zespołu przybyli: Krzanowski, Sobocki i Krzykała z MKS Lublin. Poza tym w skład zespołu wchodzili Bogdan Bylica, Leszek Rouppert, Zygmunt Nosowski, Wiesław Zaworski, Jan Jargiełło, Janusz („Jasza”) Górnicki, Leszek Postój i Edmund Czerwiński.

Do rozgrywek ligowych przygotowywaliśmy się m.in. na obozie w Bułgarii, blisko brzegu Morza Czarnego. Mieszkaliśmy w namiotach na krawędzi wielokilometrowych plantacji winogron i brzoskwiń.  Dzieliłem mój namiot
z Jankiem Jargiełłą, czołowym snajperem drużyny. Codziennie zbieraliśmy do dużej torby ok. 30-40 kg dojrzałych, soczystych brzoskwiń, które opadły na ziemię i nie mogły być więcej wysyłane na eksport. Właściwie piliśmy te owoce, były wspaniałe. Rano z przed namiotu sprzątaliśmy  dwumetrową górę pestek. „Jasza” Górnicki przybył na obóz z żoną, która  często cierpiała na ataki kamicy  wątrobowej. On sam, przy wzroście dobrze ponad dwa metry i pokaźnej tuszy, był stale głodny i często posilał się winogronami prosto z pola, mocno spryskiwanymi pestycydami. Rezultatem były bóle brzucha i głowy, rozwolnienie itd. Wieczory mieliśmy wolne. Niestety, ile razy umówiłem się na wieczór z jakąś  sympatyczną Bułgarką i miałem właśnie wychodzić, „Jasza” lub jego żona… zaczynali chorować. Jako  świeżo upieczony, pełen poświęcenia lekarz zostawałem przy nich. Dwa  razy wzywałem  nawet dla pani Górnickiej pogotowie ratunkowe. Trener Niedziela był zadowolony, mógł „znikać” z obozu z czystym sumieniem, wiedząc, że zespół jest pod  moją opieką.  

            Pomimo udanego obozu latem w Bułgarii, a potem  styczniowego  tournée po Francji, nasze przygotowania do sezonu nie były, z różnych powodów, optymalne. Do zespołu przybyło kilku nowych kolegów. Mieliśmy za mało meczy sparringowych, aby dobrze się zgrać. Oddanie do użytku nowej hali sportowej MOSiR przy Alejach Zygmuntowskich opóźniało się. Trenowaliśmy i graliśmy w pierwszej rundzie rozgrywek jeszcze na „Koziołku”. Po wygraniu  meczu spartakiadowego z Lublinianką (78:73), wygraliśmy też mecze ligowe ze Spartą Nowa Huta (72:62), AZS Toruń (83:75), Polonią Warszawa (83:79), Lechem Poznań (84:67) i AZS Poznań (81:68). Niestety, nasz dorobek punktowy nie pozwolił na utrzymanie się
w I lidze. W dramatycznym meczu derbowym z Lublinianką w lutym 1968 r., pomimo zdobytych przeze mnie 28 punktów, przegraliśmy po dogrywce 68:71.

W ostatnim meczu ligowym rozegranym w Gdańsku zdobyłem wprawdzie 21 punktów (Jargiełło 20 punktów), ale wygrało „Wybrzeże” z wynikiem  91:80. Po meczu trener „Wybrzeża”, Jan Rudelski zaproponował Jankowi  Jargiełło
i mnie grę w  swoim  zespole. Tak też się potem stało. Po 2 latach zdobyliśmy mistrzostwo Polski.

            Lubelscy  kibice byli  wspaniali. Gdy w popularnej i chyba jedynej wtedy w Lublinie kawiarni „Czarcia łapa” nie było wolnych miejsc, od razu koszykarzom „Startu” ustępowano stoliki. Gdy nikt się do tego nie kwapił, kelnerzy bez pardonu wyrzucali paru młodzieńców z lokalu na ulicę.  W grudniu  1967 r. jakiś szewc – nasz wielki kibic – wziął miarę moich nóg i w trzy tygodnie później otrzymałem od niego parę pięknych, skórzanych butów zimowych. Mam je do dzisiaj, tylko pogoda na nie za ciepła. Panie – kibicki „Startu” zorganizowały mały wewnętrzny plebiscyt na „mistera” zespołu. Wygrał go przystojny Edek Czerwiński.  Ja, ku mojemu zaskoczeniu, otrzymałem wyróżnienie za „najzgrabniejsze nogi”.  Zastanawiałem się wtedy, czy nie zacząć nosić szkockiej spódnicy….

 Klub od początku bardzo się o mnie  troszczył. Zostałem „zatrudniony” przez  dyrektora Krawczyka (?)  w Spółdzielni „Społem” na dobrze płatnej  posadzie  „instruktora ds. sportów masowych”. Trener Zdzisław Niedziela wyszukał mi pokój sublokatorski  w mieszkaniu pewnej urodziwej
i pełnej temperamentu rozwódki, skrzypaczki Filharmonii Lubelskiej. Było to dla  mnie nieco „niebezpieczne”. Poza tym mieszkanie to znajdowało się na przedmieściach miasta, a samochodem nie dysponowałem. Po kilku miesiącach klub wyszukał dla mnie duży, samodzielny pokój przylegający do mieszkania państwa S. przy ulicy Orlej. Wkrótce okazało się, że właścicielka mieszkania posiadała dwie „córki na wydaniu”, obydwie studentki medycyny, i wyraźnie łączy z moją osobą pewne matrymonialne plany. Obie panienki były miłe, ale -niestety- nie „grzeszyły urodą”. Codziennie, wielokrotnie wnoszonych mi przez nie do pokoju herbatek i ciastek miałem już „po dziurki w nosie”. Pewnego dnia, gdy  mama  S. zastała w moim pokoju obcą, „filmową blondynę”  otrzymałem wymówienie pokoju. Wkrótce potem wróciłem do rodzinnego Gdańska.

To tyle, co spontanicznie mogę sobie dzisiaj przypomnieć…”   Michał Grabowski

Refleksje Michała Grabowskiego wydają się relatywnie cennym świadectwem do poznania historii lubelskiej koszykówki (pomijam wspaniałą literacką formę i wykreowanie pewnego wzorca możliwego do wykorzystania przez lubelskich nestorów basketu do pisania o własnych dokonaniach!) z dwu najważniejszych powodów. Po pierwsze, jest to spojrzenie na sport lubelski dokonane jakby z zewnątrz, nie tyle obiektywne, co raczej wolne od pewnej poprawności typowej dla lokalnych autorów. Po drugie – rzadkie u byłych sportowców uwagi dotyczące kibiców (bez nich nie ma sportu!)- w relacji M. Grabowskiego spektakularnie pokazują,   czym w istocie dla  Lublina końca l. 60 XX wieku była ligowa koszykówka…

Szanowny Panie Michale, dziękuję! Uprawiając „prywatę” czynię z Pana wspomnień zachętę dla lubelskich weteranów sportu. – Odważnie chwytajcie za pióra!

I JESZCZE JEDNO – poniżej prezentujemy „materiał dowodowy”, skany pokazujące nie tyle przebieg bogatej sportowej kariery Michała Grabowskiego, co raczej ilustrujące jego skromne lubelskie tropy.  

D. Słapek





Zygmunt Łupina. Zapomniany współtwórca AZS Lublin

Zygmunt Łupina fot. httpsbs.sejm.gov.pl

Nie mam przed sobą stosownych dokumentów ani nawet wglądu do tych, które istnieją. Nie znalazłem ich również w opublikowanych przez Lubelskiego Centrum Dokumentacji Historii Sportu (LCDHS). Czysto formalne wiadomości o Zygmuncie i jego zdjęcia są w Wikipedii, gdzie jest moc informacji o Nim, ale nie ma ani słowa o tym, że zajmował się lubelskim sportem akademickim i o tym, czego w nim dokonał.

Również dokumentaliści akademickiego sportu w Lublinie o nim nie wspomnieli. Jedynie trener dr Wiesław Doliński, którego Zygmunt zatrudnił w AZS, pamiętał o Nim w rozmowie z  historykiem lubelskiego sportu studenckiego (rozmowie, której transkrypcję korygowałem). Była to ostatnia z Nim rozmowa przed rozstaniem Wieśka ze światem żyjących. Lucjan Piątek o tym okresie nie mógł nic napisać. Tuż po ukończniu medycyny wojskowej na UMCS został wcielony do armii i wysłany na poligon artyleryjski gdzieś na Mazury. Wrócił chyba po trzech latach. Piszę z pamięci o tym, czego nie ma w Wikipedii.

Moje wspomnienia związane z Z. Łupiną rozpoczynają się w roku 1952, bo wtedy pojawiłem się na studiach w Lublinie. Z Zygmuntem poznałem się na stadionie. Był wtedy na III roku weterynarii, a ja na pierwszym tego samego wydziału na UMCS. On był sprinterem i skoczkiem w dal. Ja zaś początkujcym średniodystancowcem. Na uczelni Zgmunt działał aktywnie w AZS, ale też w organizacjach młodzieżowych (ZSP, ZMP). Potem dowiedziałem, że był również w PZPR.

Wtedy też zdarzyła się zabawna sytuacja. Postanowiłem nie kończyć weterynarii tylko przenieść się na biologię. Zostałem wezwany do dziekanatu. Wśród gremium mających mnie przekonać o niesłuszności tej decyzji siedział  ….. przewodniczący wydziałowego Związku Młodzieży Polskiej Zygmunt Łupina, który dwa lata później z ostatniego roku weterynarii przeniósł się na I rok historii. Zawsze się z tego później śmialiśmy.

W owych czasach każdy, kto miał trochę większe ambicje sportowe, szczególnie w lekkoatletyce, startował albo w „Budowlanych”, albo w „Starcie”. Tam mieli obiekty sportowe i trenerów, a właściwie instruktorów. To był już rok 1954. O tym, jak wglądał lubelski sport akademicki przed wojną i tuż po niej wiem ze źródel pisanych, których na stronach LCDHS jest sporo.

Gdy pojawiłem się na studiach w Lublinie (rok 1952) sport w AZS wyglądał mniej więcej tak. Na KUL wokół Studium Wychowania Fizycznego, którym kierował Wacław Kruszewski, skupiała sie grupa studentów i studentek lubiących sport. Nie wiem, czy  to była grupa towarzyska, czy klub lub raczej koło sportowe zwane AZS KUL. Grali głównie w tenisa stołowego, ale było też kilkoro lekkoatletów. Na UMCS było podobnie, ale szerzej. AZS też tworzyli studenci skupieni wokół Studium Wychowania Fizycznego, którym kierował Aleksander Strycharzewski. Byli to szermierze, narciarze, siatkarki i siatkarze – ci głównie na Wydziale Lekarskim, gdzie „zmontowano” dobrą (na ówczesne czasy) drużynę siatkarzy. Wcześniej student tego wydziału, a potem znany chirurg i lekarz sportowy – Zbigniew Puchniarski grał nawet w repezentacji Polski. Trenerem siatkówki AZS był wtedy Andrzej Korpet (n.b. postać też zupełnie w AZS zapomniana). Był trener  Zdzisław Herman zajmujący się tenisem stołowym. Charakterystyczny wtedy dla sportu studenckiego był roczny cykl aktywności AZS. Podczas wszystkich przerw w nauce i innych zająciach na uczelniach AZS istniał tylko teoretycznie. Praktycznie nie funkcjonowal. Przerw było dużo. Prawie pół roku.

Funkcję sekretarza AZS Zygumunt zaczął pełnić, gdy był na ostatnich latach studiów. Towarzystwo (wzajemnej adoracji ?) sportowe z KUL i UMCS zebrał i ożywił. To był zalążek późniejszego Klubu Środowiskowego. Zatrudnił trenerów. Zimową bazą AZS była sala sportowa KUL przy ul. Chopina (potem była tam uczelniana biblioteka). Biuro AZS było – w opisywanem wielokrotnie – drewnianym „zielonym baraku”, a klub funkcjonował już przez cały rok. Tak powstał AZS Lublin. W następnych latach różne wydziały wyodrębniały się z UMCS, tworząc samodzielne uczelnie. Jako pierwsza powstała Akademia Medyczna z wydziałów lekarskiego i farmacji. Następnie Wyższa Szkoła Rolnicza, która zintegrowała wydziały rolny, weterynarii i mechanizacji rolnictwa. Najlepsi z klubów uczelnianych tych uczelni  reprezentowali Klub Środowiskowy AZS Lublin posiadający już osobowość prawną.

Zygmunt zaraz po zakończeniu studiów zajął się wyłącznie pracą nauczycielską. Był nauczycielem historii w Liceum Zamoyskiego. Nauczał Prawdziwej Historii. Ze sportem zerwał wszelkie kontakty. Nie widywałem go nawet w roli kibica. Jego światopogląd zmienił się o 180 stopni. W październiku 1956 roku zorganizował na placu na miasteczku akademickim wiec polityczny, podczas którego zrzucił z piętra gipsowe popiersie Lenina. Potem pojechaliśmy na pomoc strajkującym studentom Politechniki Warszawskiej, bronić redakcji czasopisma PO PROSTU, którego redaktorem naczelnym był …….. Jerzy Urban. Trochę nas milicja spałowała.

Zygmunt zmarł w październiku 2017 roku w wieku 88 lat. Msza pogrzebowa odbyła się w kościele na „Poczekajce”. Nie wszystkim udało się wcisnąć do dużego kościoła. Tłumy wychowanków z Zamoya, liczne oficjalne delegacje kombatantów z opozycyjnych środowisk walczących z komunizmem, koledzy z internowania. Wszyscy ze sztandarami. Takiego pogrzebu dawno nie widziałem w Lublinie.

Na tym pogrzebie kogoś  brakowło. Kogo? Przedstawicieli AZS Lublin.

Lublin grudzień 2020 r.

Andrzej Krychowski

Z dziejów jeździectwa …

Miło nam poinformować, że Prof. Andrzej Przegaliński
z Instytutu Historii UMCS, związany z LCDHS poprzez cykl wygłaszanych przez niego wykładów na temat dziejów jeździectwa na Lubelszczyźnie, na łamach naukowego czasopisma Annales UMCS sec. F Historia (74, 2019, s. 143-157), opublikował artykuł pt.: Z dziejów jeździectwa na Lubelszczyźnie. Pierwsze wyścigi konne w Lublinie w 1860 r. W streszczeniu artykułu autor pisze: „W artykule podjęto próbę opisania pierwszych zawodów jeździeckich odbytych w Lublinie w 1860 r. Tło dla rozważań stanowią dzieje hodowli koni i wyścigów w Królestwie Polskim, począwszy od lat Królestwa Polskiego konstytucyjnego, na epoce międzypowstaniowej kończąc. Opracowanie może być też traktowane jako przyczynek do historii Towarzystwa Rolniczego – wszak wystawa rolnicza urządzona wówczas
w stolicy guberni lubelskiej i towarzyszące jej atrakcje (w tym m.in. próba rączości koni) była ostatnią tego typu imprezą zorganizowaną pod patronatem Towarzystwa”.

Zachęcamy do lektury!

Cały artykuł do pobrania na stronie: https://journals.umcs.pl/f/article/view/9455/7256

Stanisław Sokołowski – lubelska (zamojska) nadzieja na igrzyska w Helsinkach 1940 roku?

Antoni Mieczkowski w swojej niewielkiej (i cokolwiek zapomnianej) monografii pt. „Stanisław Sokołowski – sportowiec i żołnierz” (Krasnystaw, Lublin 1994, ss. 56), nieco wbrew tytułowi (raczej w niezgodzie wobec kolejności wskazanych w tytule dwu najważniejszych życiowych ról swego bohatera) dużo więcej uwagi poświęcił wyzwaniom, przed jakimi urodzonego w Rejowcu w 1913 roku absolwenta przedwojennego Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego (CIWF) w Warszawie z roku 1939 postawiła okupacja niemiecka. Takie rozłożenie akcentów (patrz s.11-17) w historycznej narracji A. Mieczkowskiego absolutnie nie dziwi, bo major Stanisław Sokołowski zapadł w pamięci mieszkańców Zamojszczyzny przede wszystkim, jako bohater czasów wojny, legendarny „Rolnik”, kawaler Orderu Virtuti Militari, zastępca komendanta Obwodu XIV Batalionów Chłopskich, brawurowy zdobywca więzienia
w Krasnymstawie w roku 1943, więzień Majdanka i wreszcie ofiara ubeckiego terroru z 24 listopada 1945 roku.

Najpewniej jednak opowieść o życiowych dokonaniach Stanisława Sokołowskiego mogła wyglądać zupełnie inaczej, gdyby nie wybuch II wojny światowej. Najkrócej rzecz ujmując, absolwent zamojskiego Państwowego Gimnazjum im. Hetmana Jana Zamojskiego u progu lat 30. XX wieku dopiero stawał się sportowcem, a żołnierza z krwi i kości uczyniła z niego brutalnie i w błyskawicznym tempie wojenna zawierucha.

Jeśli włączać myślenie kontrfaktualne (pytać, co byłoby, gdyby?), to zakładać można, że losy Sokołowskiego istotnie potoczyć się mogły zgoła odmiennie. Choć sport i wojna mają ze sobą wiele wspólnego, to kariera bohatera książki Mieczkowskiego najpewniej przebiegałaby sportowym szlakiem. Wiele na to wskazywało, a geneza sportowych fascynacji Sokołowskiego tkwiła w aktywności w szkolnym Kole Sportowym. Na jednych z pierwszych poważnych zawodów (o mistrzostwo Okręgu Lubelskiego klasy B) w 1934 roku nasz bohater – jeszcze uczeń gimnazjum pchnął kulą 11,14 m, a 400 metrów przebiegł z czasem 60,3 sek. Jako zawodnik KS „Strzelec” (członek Związku Strzeleckiego od 1930 r.) jesienią tego samego roku na zawodach w Przemyślu pchnął kulę prawie metr dalej! Poważnym dowodem za dominacją sportowych pasji stał się ukończony jesienią 1934 kurs trenersko-instruktorski prowadzony w stolicy przez Polski Komitet Olimpijski, by w strukturach Związku zostać referentem sportowym. Podobną wagę ma fakt, że w roku 1936 Sokołowski zaczął studia w CIWF. Był to z pewnością bardzo ważny etap rozwoju kariery sportowej zamojskiego lekkoatlety. A. Mieczkowski pisze: „był w jednej grupie ćwiczeniowej ze słynnym Januszem Kusocińskim i najlepszym oszczepnikiem polskim Eugeniuszem Lokajskim”.

Janusz Kusociński, fot. Wikipedia

Z tym pierwszym, mistrzem olimpijskim z Los Angeles z 1932 r. i rekordzistą świata, Sokołowski ścigał się w 1937 roku za zawodach w Zamościu na nowym, budowanym od 1935 roku stadionie w tzw. Parku Sportowym! Równie istotny w sportowej karierze Sokołowskiego był też oszczepnik E. Lokajski. Stało się tak, dlatego, że reprezentujący w czasie studiów warszawski AZS i stołeczną „Polonię” lekkoatleta, w zasadzie wszechstronny wieloboista – najlepsze rezultaty osiągał właśnie w rzucie oszczepem. Na krajowej liście oszczepników na dzień 31 sierpnia 1939 r. Sokołowski znalazł się na wysokim szóstym miejscu z wynikiem 62,20 m (liderem rankingu był wspomniany Lokajski z rezultatem ponad 73 m). Czy z tym wynikiem i przekroczonymi 12 metrami w pchnięciu kulą na zawodach w maju 1939 roku Sokołowski mógł realnie myśleć o starcie na olimpiadzie w którejś z tych dwóch lekkoatletycznych dyscyplin? Warto te osiągnięcia zestawić z ustanowionymi przez Polski Związek Lekkiej Atletyki w styczniu 1939 roku tzw. minimami przedolimpijskimi w konkurencjach męskich. Przykładowo dla pchnięcia kulą wynosiły one 15,40 m, a dla rzutu oszczepem 65 m. Trudno jednak z tego porównania wyciągać arbitralne wnioski, skoro Sokołowski był chyba wieloboistą, a przecież marzenia każdego sportowca wiążą się bez wątpienia z igrzyskami. Z ideą olimpijską zetknął się wszak Sokołowski na poważnie już w trakcie kursów organizowanych przez PKOl, a w kręgu jego sportowych przyjaciół znalazł się sam mistrz Kusociński. Trenerem Sokołowskiego był Stanisław Petkiewicz (nie Pietkiewicz, jak pisze Mieczkowski), olimpijczyk, który na igrzyskach 1928 roku w Amsterdamie zajął siódme miejsce w biegu na 5000 m.

Petkiewicz (na obu fotografiach w jasnym stroju) w rywalizacji ze swym największym krajowym rywalem Januszem Kusocińskim i gwiazdą ówczesnego długodystansowego biegania Paavo Nurmi. Na zawodach w Warszawie 7 września 1929 r. w biegu na 3000 m Petkiewicz zwyciężył Paavo Nurmiego. Fot. NAC. Więcej patrz: https:// www. przeglad sportowy.pl/ps-historia/petkiewicz-w-biegu-na-3000-m-pokonal-nurmiego-or-ps historia/0kwdyvd

Olimpijczykiem był również Lokajski, który na IO w Berlinie w 1936 r. zajął 7. miejsce w rzucie oszczepem. Sokołowski poznał smak zawodów międzynarodowych, ale (chyba?) za jego słabość uznać należy wspomnianą wszechstronność – pchał kulą i rzucał oszczepem, biegał, jeździł na nartach, świetnie strzelał, równie dobrze grał w siatkówkę. Sokołowski nie był chyba, sądząc po wynikach, faworytem do olimpijskiego startu z rzucie oszczepem lub pchnięciu kulą. I Petkiewicz, i Lokajski trenowali, co ważne, wieloboistów (ten drugi w 1935 zdobył wicemistrzostwo świata w pięcioboju w Budapeszcie).

Eugeniusz Lokajski, fot. http://sportowcydlaniepodleglej.pl/eugeniusz-lokajski-oszczepnik-fotograf- i powstaniec-warszawski/

Zakładać, zatem można, że predyspozycje Sokołowskiego mogły zapewnić mu start w IO w Helsinkach właśnie w wieloboju. Nie wspomina o tym biograf zamojskiego lekkoatlety. Mieczkowski pisze, bowiem: „Był (Sokołowski, dop. D.S.) członkiem kadry narodowej lekkoatletów przygotowujących się do Olimpiady 1940. W lecie 1939 roku intensywnie trenował w Warszawie, Bydgoszczy i Sierakowie koło Poznania. Wybuch drugiej wojny światowej przekreślił zupełnie jego sportowe marzenia”. À propos potencjalnego udziału Sokołowskiego w IO 1940 r. Mieczkowski nie wskazał źródła pochodzenia swej informacji. Można się domyślać, że pochodziła ona z relacji jednego z członków rodziny Sokołowskiego. Nie oznacza to kwestionowania udziału Sokołowskiego w przygotowaniach do igrzysk 1940 roku.  Informacji Mieczkowskiego nie potwierdza jednak jeden z tuzów polskiej sportowej historiografii, prof. Ryszrad Wryk. Poznański historyk pisze jedynie (Przygotowania polskich sportowców do startu
w igrzyskach olimpijskich 1940 roku
, „Prace Naukowe Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie. Kultura Fizyczna” 2016, t. XV, nr 4, s. 111-119), że w rozpoczętych w styczniu 1939 roku przygotowaniach wzięło udział w sumie „ponad stu pięćdziesięciu sportowców, reprezentujących dwanaście dyscyplin sportu”. Dodaje też, iż „w   dniu 16 maja  1939  roku  stu trzydziestu pięciu polskich sportowców złożyło przysięgę olimpijską w ośmiu polskich miastach”.

Wryk wspomina, że przygotowania lekkoatletów odbywały się w Toruniu, Poznaniu i w Warszawie pod kierunkiem wspomnianych Stanisława Petkiewicza oraz wspierających go olimpijczyków z 1936 roku – Karola Hoffmanna i Eugeniusza Lokajskiego. Drobne różnice w relacji do informacji Mieczkowskiego niczego nie zmieniają. Wryk uściśla jednak zamieszczone we wstępie do swego artykułu informacje, pisze, bowiem dalej: „W dniu 16 maja 1939 roku, o tej samej porze, w Warszawie, Lwowie, Krakowie, Katowicach, Poznaniu, Łodzi, Toruniu i Wilnie stu trzydziestu pięciu polskich sportowców, przygotowujących się w dwunastu dyscyplinach do startu w letnich i zimowych igrzyskach olimpijskich 1940 roku (mających się odbyć w Helsinkach i Sankt Moritz), złożyło ślubowanie olimpijskie. Uroczystość główna odbyła się w Warszawie…”. Śledzenie fotografii ze ślubowania w Łodzi i Krakowie w celu poszukiwania Sokołowskiego niczego nie daje, bo zamojskiego lekkoatletę trzeba raczej szukać wśród nadziei olimpijskich obecnych na uroczystości w Warszawie.

Ślubowanie w maju 1939 r. w Łodzi polskich olimpijczyków na Letnie Igrzyska Olimpijskie w Helsinkach w 1940 roku. Czwarty z prawej pochodzący z Lubelszczyzny Władysław Król, a pierwszy z prawej zamordowany na Majdanku szermierz Roman Kantor Fot. NAC.

Inna fotografia z tej samej uroczystości. Fot. NAC

Ślubowanie w Krakowie polskich olimpijczyków na Letnie Igrzyska Olimpijskie w Helsinkach w 1940 roku. Widoczni m.in.: piłkarze Artur Woźniak, Roman Grunberg, Aleksander Piątek, Bronisław Młynarek, Zygmunt Michalik.

Wryk potwierdza jednak obecność na tej uroczystości kilku ledwie lekkoatletów: Witolda Gierutto, Edwarda Trojanowskiego, Jana Staniszewskiego, Antoniego Morończyka, Józefa Noji, Janusza Kusocińskiego, Wandy Flakowicz, Marii Kwaśniewskiej, Jana Marynowskiego… Idzie przy tym za artykułem pt. Ślubowanie polskiej kadry olimpijskiej, („Polska Zbrojna” 1939, nr 137, s. 7). Przekonuje to, że prasa nie jest dobrym źródłem do odtworzenia pełnej listy ślubujących stu trzydziestu pięciu polskich sportowców, twardych kandydatów na olimpijczyków. Być może taki dokument dostępny jest w materiałach PKOl
i należy podjąć starania, aby informacje podane przez Mieczkowskiego zweryfikować. Szanse na to wydają się jednak niewielkie, bo warto zauważyć, że strona dowodowa w artykule Wryka ogranicza się wyłącznie do informacji prasowych pochodzących „Polski Zbrojnej” i „Przeglądu Sportowego”… Pojawia się również pewna wątpliwość związana w jakimś zakresie z tym, że Mieczkowski w odniesieniu do „olimpijskiego statusu” Sokołowskiego użył dość ogólnego sformułowania i napisał, że: „Był członkiem kadry narodowej lekkoatletów przygotowujących się do Olimpiady 1940”. I tu wywołany zostaje problem odpowiedzi na pytanie, kim jest, a raczej, w jaki sposób sportowiec staje się olimpijczykiem. Starałem się na te rodzące szereg wątpliwości pytania odpowiedzieć w rozdziale „Fenomen polskich olimpijczyków – kazus lubelski” w książce Lubelscy olimpijczycy (współautorzy: M. Powała-Niedźwiecki, P. Markiewicz, Lublin 2018, s. 13-25). Przywołałem w nim dwa biogramy pochodzące z opracowania Sławomira Litwińskiego, Lubelska Księga Oświęcimska. Księga Pierwsza, Lublin 2005, s. 42. Autor tej wstrząsającej pracy pisze o Józefie Czerniaku (ur. 1918) i Zbigniewie Sadzikowskim (ur. 1923), młodych i genialnych lubelskich pływakach. Pierwszy był absolwentem Szkoły Handlowej im. Vetterów, a drugi uczniem gimnazjum im. Stefana Batorego w Lublinie. Józef, świetny w sprincie pływackim, (ponoć) „Był przewidziany do ekipy Olimpijskiej na olimpiadę mającą się odbyć
w Tokio w 1940 roku
”.

Józef Tracz, fot. za S. Litwiński, Lubelska Księga Oświęcimska. Księga Pierwsza, Lublin 2005, s. 42.

O Sadzikowskim Litwiński pisze natomiast, że „Był znakomitym pływakiem i PKOl wytypował jego … na zgrupowanie kadry na igrzyska olimpijskie, które miały się odbyć w 1940 roku z Tokio”. Niestety, obaj młodzi sportowcy zginęli w Oświęcimiu w 1942 roku. Ewidentny błąd polegający na wskazaniu przez Litwińskiego Tokio miast Helsinek, jako miejsca igrzysk 1940 roku nie zmienia postaci rzeczy.

Zbigniew Sadzikowski. Fot. za S. Litwiński, Lubelska Księga Oświęcimska. Księga Pierwsza, Lublin 2005, s. 140.

I Czerniak, i Sadzikowski byli niewątpliwie zdolnymi pływakami, którzy zostali objęci centralnym szkoleniem sportowym. Można jednak powiedzieć, że obaj dopiero „stawali się olimpijczykami”. Zdaje się, że podobnie jak w przypadku Sokołowskiego, trudno byłoby potwierdzić jakiś konkretny szczebel/etap w tym procesie (np. ślubowanie olimpijskie 16 letniego w 1939 roku Sadzikowskiego!).

Sadzikowski (zaznaczony krzyżykiem u dołu) z grupą lubelskich pływaków na treningu przy basenie przy ul. Lubomelskiej (czerwiec 1939 roku). Fot. za: S. Litwiński, Lubelska Księga Oświęcimska. Księga Pierwsza, Lublin 2005, s. 140.

W „Lubelskich olimpijczykach” piszę (s. 24), iż „Gdyby tylko formułę tej książki można było rozszerzyć o kategorię tzw. szans olimpijskich, obraz całości byłby zapewne nieco bogatszy”. Nawiązuje tym samym do pewnej – dramatycznie trudnej – próby zdefiniowania pojęcia/określenia „lubelski olimpijczyk” (z wyszczególnieniem wszelakich etapów owego stawania się olimpijczykiem oraz dyskusją na temat tak wyjątkowych kazusów jak status reprezentanta w sportach pokazowych czy sportowca, który znalazł się w ekipie olimpijskiej, ale startu w zawodach nie zaliczył…). Odnoszę się tym samym do relatywnie niewielkiej liczby lubelskich olimpijczyków, (bo w okresie przedwojennym doczekaliśmy się tylko jednego, Teodora Bieregowoja-Bierezowskiego, który w igrzyskach rozegranych w Berlinie
w 1936 r. w chodzie sportowym na 50 km zajął wysokie dziewiąte miejsce!) i chęci każdego środowiska historyków sportu (i nie tylko) do wzbogacenia
i rozbudowania listy reprezentujących region wybitnych postaci. Zdaje się, że to ta właśnie sportowa odmiana lokalnego patriotyzmu pcha nas niekiedy ku wyrażaniu opinii na temat olimpijskich osiągnięć naszych ziomków:, jeśli nie startowali w IO, to przynajmniej byli nadziejami lub szansami olimpijskimi. Warto zwrócić uwagę, jak rozciągliwym i raczej literackim niż bardziej fachowo-sportowo-precyzyjnym określeniem są „szanse” lub „nadzieje olimpijskie” (także „kandydaci”). Mieszczą się one częściej w słowniku dziennikarzy niż trenerów sportowych, którzy z setek takich szans wyławiają jednostki godnie reprezentujące nas w olimpijskich szrankach.

Teodor Bieregowoj-Bierezowski. Fot. za LCDHS

Wracając do Sokołowskiego, to kwestię jego ewentualnego startu (raczej uczestnictwa w gronie wąskiego już grona kandydatów na wyjazd do Helsinek) w roli wieloboisty zdaje się rozstrzygać fragment z artykułu pt. Ppor. Burbo zwyciężył w eliminacjach pięcioboju nowoczesnego, który ukazał się periodyku „Polska Zbrojna” 1939, nr 188, s. 7. Jego autor pisze, że „Od 5 do 8 lipca 1939 roku trwały przedolimpijskie zawody eliminacyjne w pięcioboju nowoczesnym. Ich zwycięzcą został ppor. Bohdan Burbo (WKS Grodno) przed por. Franciszkiem Aleksińskim (WKS Inowrocław) i por. Jerzym Goinką (WKS Będzin)”. Niestety, w gronie zwycięzców – chyba murowanych faworytów do startu w Helsinkach – nie ma Stanisława Sokołowskiego. Nie przesądza to jednak tego, że nazywanie Sokołowskiego mianem nadziei czy szansy olimpijskiej jest nadużyciem.

Dariusz Słapek

45 lat rugby w Klubie Sportowym „Budowlani” Lublin, czyli o potędze historii sportu!

Relatywnie rzadko promocje książek odbywają się w anturażu najbardziej adekwatnym wobec ich merytorycznej zawartości. Oczywiście, nie zawsze jest to możliwe, a nawet potrzebne, ale – jak sądzić – wyjątkowo trafna, wręcz spektakularna zbieżność między okolicznościami prezentacji książki, a jej zawartością miała miejsce w czasie lubelskiego meczu rugby pomiędzy „Budowlanymi” Lublin a „Arką” Gdynia 3 października 2020 roku. Kameralny stadion przy ulicy Krasińskiego wypełnili w tym dniu nie tylko entuzjaści i amatorzy jajowatej piłki (coraz liczniejsi!), ale też spore grono weteranów – byłych zawodników i działaczy lubelskiego klubu. Powodem był jubileusz Klubu Sportowego Budowlani Lublin, 45 –lecie jego powstania. Były, zatem kwiaty, dyplomy, odznaki – do czego najpełniej przekonają zapewne prasowe relacje lubelskich dzienników w swoich internetowych wydaniach.

Rangę uroczystości w oczywisty sposób podniosła obecność Prezydenta Miasta Lublin, dr Krzysztofa Żuka, ale w mojej opinii wyjątkowość świętowania wynikała z faktu, że chyba wszyscy obecni na Krasińskiego… dźwigali ze sobą grubą książkę. Zauważyć wypada, że w powszechnej bodaj opinii widok ten uznać należy za zaskakujący. Gdyby działo się to na meczu szachowym, brydżowym, szermierskim, czy nawet w czasie rozgrywek w golfa, najpewniej zdziwienie okazywać się mogłoby mniejsze… Tymczasem istotnie, starzy i młodzi zawodnicy, członkowie ich rodzin, leciwi działacze
i „Amazonki”, adeptki żeńskiej odmiany rugby oraz liczne grono zwykłych kibiców – paradowali z książką Macieja Powały – Niedźwieckiego „45 lat rugby w Klubie Sportowym „Budowlani” Lublin (Lublin 2020, ss. 500 /co wraz ze sporym formatem wyjaśnia, że książkę rzeczywiście trzeba dźwigać…/).

Proszę wybaczyć, że moje refleksje z tego wyjątkowego jubileuszu ograniczę niemal wyłącznie do wrażeń i obserwacji, które -typowe dla piszącego autora-historyka, mieścić można w obszarze tzw. pierwszych reakcji czytelniczych. Niektórych można się było spodziewać. Skoro, bowiem pokaźną część książki stanowią biogramy i autorskie wypowiedzi sporego grona lubelskich rugbistów, pierwszą czynnością stało się prześledzenie aneksów z nazwiskami wszystkich postaci wspomnianych w „45 lat rugby…”. Zaraz potem pojawiało się, niekiedy trochę nerwowe, kartkowanie w poszukiwaniu właściwych stron, później następowała chwila milczenia połączonego ze skupieniem, co oznaczało, iż właściwy biogram został odnaleziony i przeczytany. Przekonanie o osobistej obecności na łamach książki wzbudzało pewnie dumę
i wiele osobistych refleksji, choć chwilę potem w ruch poszły… palce – to one wskazywały dawnym kolegom z boisk, lżejszych i młodszych bohaterów publikacji, w scenach sprzed lat 10, 20, 30 i więcej.

Ten chyba moment pobieżnego przecież poznawania książki – przynajmniej z mojej perspektywy – wydaje się chyba najbardziej cenny. Raptem okazało się, że przez drobną tylko chwilę „indywidualni czytelnicy” tworzą jednak wielką wspólnotę, grono ludzi sobie bliskich, ciągle się ze sobą rozumiejących etc. Uśmiechom, żartom, wspominkom nie było końca; niby to normalne i oczywiste, kiedy myślami wraca się do własnej młodości. Ta jednak nierozerwalnie wiązała się ze sportem, bo wielu z autorów zamieszczonych w książce wypowiedzi czyniło sport „głównym odpowiedzialnym” za miejsce i pozycje,
w jakiej się odnaleźli w swoich najważniejszych rolach życiowych – ojca, odpowiedzialnego pracownika, nauczyciela, trenera etc. Rzecz wymaga z pewnością osobnej refleksji, którą w tym eseju sprowadzić można do myśleniu o historii sportu, jako potężnej sile wyzwalającej i potęgującej wspomnienia, jako katalizatorze utrwalania dawnych więzi, wyzwalaczu emocji i specyficznej empatii…

Dla dopełnienia dość specyficznej recenzji, (bo wyjątkowo skoncentrowanej na sile emocjonalnego rażenia publikacji) pozwolę sobie zaprezentować mojego autorstwa „Wstęp” do wspomnianej książki (s.13-14). Tenże – o dziwo!, i pewnie wbrew swemu tradycyjnemu przeznaczeniu, stanowi jednak jakąś formę wartościowania monumentalnej pracy Macieja Powały-Niedźwieckiego. Wydaje się, że ten „Wstęp” stanowi logiczne uzupełnienie pierwszej części eseju, w której mowa była o licznych „współautorach” (dosłownie i w przenośni) „45 lat rugby w KS Budowlani”. Panowie, w tych rolach także spisaliście się znakomicie! Namawiam, zatem do tego, aby Wasze być może pierwsze kroki pisarskie nie były ostatnimi. Oto ów wstęp i z pewnym wskazaniem – ważny dla jego przesłania ostatni akapit…

W ocenie historyków zawodowych publikacje motywowane jubileuszami i rocznicami zwykle bywają obarczane zarzutem braku obiektywizmu, bo pisane są trochę tak, jak pełne empatii wspomnienia
o zmarłym, o którym albo dobrze, albo nic… Sama idea czczenia i honorowania przez książkę nie budzi jednak zastrzeżeń i wątpliwości, bo zaszczytna forma często nobilituje przedmiot autorskiej adoracji (wszystko ma swój początek, a zatem to „wszystko” obchodzi szlachetnie celebrowane rocznice).

Po lekturze książki Macieja Powały–Niedźwieckiego „45 lat KS Budowlani Lublin” mam poważne wątpliwości, co do zasadności wyrażonych wyżej sądów. Biorą się one nie tylko z powodu niestosowności wykorzystanego w pierwszym zdaniu porównania i stąd, że u progu XXI w. książki piszą wszyscy, (co nie znaczy, że istotnie trafiają one „pod strzechy”). W tym moim myśleniu nie do końca przekonuje również fakt, że sami profesjonalni historycy notorycznie pisują dzieje swoich instytutów i wydziałów, a nie dostrzegając w tym żadnej niestosowności. Pewne tylko znaczenie ma też zapewne refleksja nad tym, że bez prac jubileuszowo-rocznicowych nasza wiedza natury „mikrohistorycznej” (o małych wspólnotach, o tym, co
z pozoru tylko przeciętne) byłaby zapewne miałka, a niewątpliwie pełna wszelakich luk i swego rodzaju białych plam.

W przypadku rocznicowej monografii lubelskich „Budowlanych” obiektywizm i rzetelność wydają się prymarną cechą publikacji, a powody tej istotnej konstatacji są liczne, i poniekąd oczywiste. Oto autorem książki jest najznakomitszy wśród polskich rugbistów dziejopis dyscypliny i znawca historii klubu (patrz imponująca lista Jego publikacji gotowa spełnić oczekiwania niejednej komisji habilitacyjnej!). Dość, zatem powiedzieć, że książka napisana jest ze znawstwem lub, co -bardziej właściwe – wielką eksperiencją.
Z wyrażonej w ten sposób obserwacji (sprawca „piszący” jest jednako przedmiotem „opisywanym”) bynajmniej nie wynika brak obiektywizmu, dystansu czy bezstronności. W tym zakresie wykład M. Powały-Niedźwieckiego jest w każdym calu i wymiarze weryfikowany zbiorową pamięcią odbiorców książki, pospołu, ludzi rugby i „Budowlanych”. I wreszcie najważniejsze – w zasadniczej części pracy autor przemawia faktami, a zgubne dla obiektywizmu komentarze i wartościowania ogranicza do minimum. Dzieje się tak, dlatego, że z kilku nurtów pisania o sporcie (także jego historii) świadomie wybiera ten, który
w wyjątkowo silny sposób koncentruje się na samej rywalizacji oraz jej kwintesencji w postaci wyników współzawodnictwa.

Statystyczna wizja sportu bynajmniej nie dehumanizuje tego społecznego fenomenu i dzieje się tak nie tylko, dlatego, że w książce znaleźć można blisko czterysta notek biograficznych uczestników i sprawców wspomnianych wyników. Główny powód tkwi, zdaje się, w unikatowym (śmiałym zwłaszcza, co do skali) wykorzystaniu wspomnień współtwórców sportowych i organizacyjnych dziejów Klubu. To one najskuteczniej przeciwważą wynikową wizję sportu – w zupełnie inny sposób tchną w opowieść o historii sportu właściwą mu dynamikę, koloryt, spontaniczność („widać” w nich ruch i walkę, „słychać” boiskowe okrzyki zawodników i reakcje kibiców, „czuć” pot i specyficzny zapach przeoranego korkami boiska…). Te same słowa przekonują do symbolicznych wartości sportu, przez swą uniwersalność ważnych także poza nim samym. Wszechobecne w sporcie normy i wzorce dokonują w sumie wspaniałego aktu jego uwznioślenia. Czynią sport promieniującą siłą sprawczą, która inspiruje, uczy, pomaga, hartuje, unaocznia, socjalizuje, wyzwala, nobilituje i daje tożsamość…

Wydaje się, że specyfika rugby, sportu bliskiego etosowi herosów w antycznym rozumieniu tego pojęcia –niczym punkty zdobywane na wyjeździe – podwaja, a nawet multiplikuje głęboko humanistyczny wymiar całego sportu. Z tego powodu, wcale nieprzewrotnie, powiedzieć można, że to nie książka swoją powagą i estymą uwzniośla banalne i trywialne „gonitwy za jajowatą piłką”. Po lekturze książki Macieja Powały – Niedźwieckiego, wydawać się może, że wspomniane w pierwszym akapicie obawy o adekwatność treści do formy, są zupełnie bezpodstawne. Sport i jego historia w pełni zasługują na pisanie o nim, bo nie tylko stanowi on immanentną część naszej rzeczywistości, ale i w tym coraz bardziej skomplikowanym
i zrelatywizowanym świecie pomaga rozstrzygać o tym, co dobre, a co złe… Ergo, ludzie sportu – do piór!

Dariusz Słapek

Strona tytułowa książki
Fot. Maciej Powała-Niedźwiedzki (pierwszy od lewej)
Fot. Moment wręczania książki 45 lat rugby w Klubie Sportowym „Budowlani” Lublin
W uroczystym dniu sportu był obecny Prezydent Miasta Lublina Krzysztof Żuk
Fotografie: Dariusz Słapek