„Mój pierwszy mecz” – opowiadanie Józefa Kempy

Lata powojenne. Artysta teatru „Ateneum” p. Józef Kempa dzieli się na łamach jednego z warszawskich czasopism wrażeniami, jakich doznaje człowiek, który po raz pierwszy w życiu zobaczył mecz piłki nożnej. Poniżej prezentujemy jego opis meczu rozegranego przed wojną.

uucp5udvNie wiem co mnie do tego skłoniło: chęć zobaczenia  Duńczyków, czy po prostu chęć zobaczenia meczu piłkarskiego. A może zrobiłem to ze względów leczniczych? Cierpię bowiem na nerwy, a sport to podobno zdrowie, odpoczynek, miłe wrażenia, dużo świeżego powietrza – dobrze mi to zrobi! Słowem – poszedłem.

Od razu przy wyjściu mam trudności: mur pleców, łokci, kapeluszy  – to wszystko co na razie widzę, a ja chcę patrzeć na mecz! Próbuję się pchać, ale grzęznę w tłumie;  nagle czuję potężny napór z tyłu i zostaję wydźwignięty na barki sąsiadów. Czyżby na tym polegał mecz? Pod nogami mam czyjąś głowę i plecy, tłum mnie niesie naprzód; teraz widzę wszystko: tysięce stłoczonych dookoła mnie głow, dalej zupełnie pustą i zazieleniona  i pociętą białymi liniami przestrzań, z boku pobielone słupki, zasłonięte siatką i masę policji.  – Dlaczego my się tu tak tłoczymy, skoro tam tak dużo wolnego miejsca? Co to za  szykana, panowie?

Staram się ulżyć biedakowi, na którym stoje, ale cudze łokcie i barki trzymają mnie uporczywie w górze, przerzucają przez jakąś barierę i wreszcie lądują   na pochyłym betonie.

No ładnie się zaczęło! To jest odpoczynek! Miłe wrażenia!? Chcę się przedostać na tę pustą murawę ale widzę, że biegają już po niej jacyś młodzieńcy w jaskrawych koszulach i krótkich majteczkach. Wstyd panowie, na pozór dojrzali ludzie, a kolana gołe! W dodatku gonią jeden drugiego i kopią dużą żółtą piłke. Zupełnie jak dzieci! A najgorszy jest ten zupełnie stary. Gruby pan w marynarce i czarnych kalesonach, który biega za tamtymi i ciągle gwiżdże! A wiec to jest ten mecz?  No, całe szczęście, że ja nie będę musiał brać w tym udziału! Już wolę stać tu w ścisku i upale, niż tak paradować na golasa na oczach tylu obcych bądź co bądź  ludzi.

Przypominam sobie teraz, że na takim meczu trzeba „wbić gola” albo w najgorszym razie „strzelić bramkę”, wiec czekam na jedno lub drugie.

Domyślam się że ci jaśni blondyni to Duńczycy a tamci czerwoni – to nasi. Mimo t0 nic nie rozumiem, więc słucham fachowych zapewne uwag sąsiadów.

– Będziesz widział, jak nasi dadzą Duńczykom po kuchni!

– Ten Krzyk to patałach! Zmienić go i będzie po krzyku!

– Rudy! Wypuść Matjasa.

– Co jest? Grać więcej na Wodarza!

I to mi nic nie wyjaśnia, ale chcę pytam dyskretnie:

– Przepraszam, który z tych panów tam jest pan Wodarz?!”

– No jak to, ten na lewym skrzydle! O teraz ciągnie po linii!

Przyglądam się temu, co „ciągnie po linii”  i o dziwo mimo krótkich majtek poznaje w nim dobrego znajomego z Łodzi, pana Władysława Króla!! Ale dlaczego tam ten nazywa go Wodarzem. Nic nie rozumiem, to też postanowiłem wyjaśnić nieporozumienie:

– Przepraszam, ten pan nazywa się Król a nie Wodarz. Spec uśmiecha się pobłażliwie:

– Schowaj się pan! Jak mówię Wodarz, to Wodarz! Patrz pan jak zapycha!

– Kiedy to jest pan Król – próbuję oponować, ale z daleka ktoś krzyczy:

– Brawo Wodarz!

– Widzi pan, wszyscy mówią, że to Wodarz!

Wszyscy tyle wiedzą, co pan! – odpowiadam już zły i przepycham się  na inne miejsce. Tu wprawdzie nic nie widzę ale za to mam świety spokój. Nie na długo ktoś bowiem dzieli się uwagą z sąsiadem:

– Jak ten Rudy świetnie się rozumie z Wodarzem!

Patrzę zezem na obu. O przepraszam – myśle – ale ze mną tak łatwo nie pójdzie.  Mówię  do nich:

– Panowie to nie Wodarz, to Władysław Król, urzędnik z Łodzi.

– Jaki król?  Może cesarz? Patrz pan tu jest wydrukowane: Wodarz.

– Pan zna nazwisko – odpowiadam- a ja znam gracza. Pewnie w ostatniej chwili zmienili Wodarza na Króla, bo ten jest na pewno Król.

Wszyscy umilki oddycham z ulga; wiec jednak przekonałem tych speców. Zadowolony patrzę jak Król dopędza piłkę, kopie ją mocno i piłka wpada do siatki między słupkami, w tej chwili widownie ogarnia szał radości; tysiące ludzi krzyczy, klaszcze, śmieje się, gestykuluje.

„Gol! Brawo Wodarz! Wodarz! Wodarz!

A mnie znowu diabli biorą. A więc wszystko na nic!.

To nie jest żaden Wodarz. To Król, Król – krzyczę aż chrypne ale nikt mnie nie słucha. – Nerwy mam już na wierzchu, ale muszę przekonać tych cymbałów, że ja mam rację. Niedawno przecież zalicytowałem z panem Władkiem dużego szlema w pikach, wiec nie mogę się mylić.

Zmieniam miejsce, odwracam się tyłem do grających czekam na zaczepke jak na czerwoną płachte. Nie czekam długo, jakiś facet krzyczy: Wodarz! Wal na bramę.

Chwytam faceta za krawat!

– To Król, psiakrew, rozumie pan. Po co pan łazisz na mecze, do diabła ciężkiego?

A on: – Nie bądź pan do mnie Konkovsky (!?), co ja nie znam Wodarza ze Śląska?

Już mnie krew zalewa, więc ide na całego.

– To jest Król z Łodzi, chyba ja wiem, bo to mój brat!.

Jakiś wysoki, cienki dryblas patrzy na mnie krytycznie.

– Pan taki brat jak ja Martyna.

Wszyscy ryczą ze śmiechu: nie wiem czy się obrazić bo nie znam żadnej Martyny. Tymczasem sąsiedzi mnie miażdżą dalej:

– Jak on Król to pan jesteś książe Walii. Idź pan naprzeciwko, do loży. Inny podsuwa mi pod nos program z nazwiskiem Wodarza.

– A może książę niegramotny?

Wreszcie ktoś lituje się nade mną.

– Kaziek! Daj mu spokój! Facet pierwszy raz na stadion przyszedł.

Ta słuszna uwaga łagodzi moje wzburzenie. Przychodzi mi na myśl: a może to Wodarz, tylko taki podobny do Króla? Podchodzę do bariery i widzę, że to nikt inny tylko pan Władysław. Poznaję brodawkę na policzku. Jestem już bliski obłędu, toteż krzyczę do przebiegającego Króla.

– Panie Władku! I ku mojej radości Król odgląda się i pozdrawia mnie ręką! W tej chwili z barierki  zeskakuje sztubak i z  uszanowaniem ustępuje mi miejsca. Słyszę jego głos:

– Czy mogę pana o coś prosić?

– Proszę bardzo o co chodzi?

– Może pan weźmie dla mnie po meczu autograf od Wodarza?

– Robi mi się szaro przed oczami:

– Jakiego Wodarza!? Ja nie znam żadnego Wodarza.

– Pan zna przecież się pan z nim witał przed chwilą.

Tu już nerwy nie wytrzymały: podobno (tak zeznał później policjant) zerwałem z siebie marynarkę, pogryzłem kapelusz, chciałem się wedrzeć na boisko, wrzeszczeć „Król, Król! Psiakrew, Król! Ja go znam, to mój syn ze Śląska! Wielki szlem na Piecu! Rudy Matjas! Itd, itd.

Kiedy w komisariacie odzyskałem świadomość, usłyszałem rozmowę policjantów:

– No jak tam mecz?

– Nasi wygrali panie przodowniku! Trzy na jeden.

– A kto strzelił gole?

– Wilimowski, Piec i Wodarz!

– Król szepnąłem cicho i zemdlałem.

***

OSOBY:

= Józef Kempa, autor , z zawodu aktor

= Władysław Król – reprezentacyjny piłkarz, w meczu z Danią jako piłkarz ŁKS, wychowanek Unii Lublin

= Martyna – reprezentant

= Wodarz reprezentant

= Kibice polscy na stadionie.

(mecz rozegrano w 1937 roku)

Nie znaleziono

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *